Wokół biznesu internetowego krąży wiele mitów i nieporozumień. Często wydaje się, że wystarczy uruchomić jakikolwiek biznes w Internecie, a pieniądze same do nas popłyną szerokim strumieniem. Doradcy różnej maści podpowiadają, że w Internecie można zarobić na handlu, reklamie, sprzedaży produktów cyfrowych, jak np. e-booków, czyli książek w formacie cyfrowym. Wchodząc w biznes sieciowy zdobywamy nowe rynki – mówią. Liczba klientów internetowych jest praktycznie nieograniczona, a nasz mały biznes sieciowy działa na globalnym rynku. Jest super. Miodzio! Taaaki potencjał biznesowy.

Tyle teorii. Testowałem różne modele biznesowe w sieci i dochodzę do wnioski, że prawda jest bardziej złożona. Żeby zarobić w necie trzeba mieć dużo szczęścia, włożyć w interes dużo pracy i spore pieniądze. Czasem lepiej darować sobie trud i zająć się tradycyjnym biznesem w realu.

Liczy się stopa zwrotu

Próbowałem na przykład zarabiać na e-bookach. Trzy lata temu napisałem e-booka o finansach. Na kilkudziesięciu stronach w przystępny sposób podałem, jak inwestować swoje pieniądze. Dodałem kilkanaście fotografii własnego autorstwa. E-book sprzedawałem na aukcjach, w księgarniach komputerowych i na własnych stronach internetowych. Początkowo – nie powiem – cyfrowa książka sprzedawała się zupełnie nieźle – średnio jeden egzemplarz dziennie. Ale po kilku miesiącach sprzedaż wyraźnie spadła, rynek zaczął się nasycać. Później nadszedł kryzys i e-book przestał interesować czytelników. Obecnie książka sprzedaje się od święta, czyli raz na kilka tygodni. Nie prowadziłem dokładnych statystyk, ale myślę, że w ciągu trzech lat sprzedałem w sieci około 500-600 egzemplarzy. Jak to mówią: za mało, żeby żyć, a za dużo, żeby umrzeć… Przy jednym z moich serwisów internetowych założyłem księgarnię. I nawet się przy niej nie napracowałem, bo inna duża księgarnia internetowa sama zaproponowała, że udostępni swoją platformę handlową, a stronom nada spójny wizerunek. Sklepik prezentował się wspaniale, jednak nie przyniósł większego dochodu.

Naczytałem się sporo o biznesie domenowym. Nawiązałem kontakt z pewnym Polakiem, który – jak twierdził – za oceanem dobrze zarabia na handlu domenami. Rejestruje domeny z nazwami firm, produktów, tytułami filmów itp., po czym dzwoni do zainteresowanych usiłując odsprzedać domenę. Wychodzi z założenia, że nie jest ważna cena domeny, a stopa zwrotu z przedsięwzięcia. Jeśli za rejestrację domeny zapłaci kilkadziesiąt dolarów, a sprzeda za kilkaset, to stopa zwrotu staje się wysoka. Jeśli nawet jednostkowo nie zarabia dużo, to przy dużym obrocie wychodzą spore kwoty. Więc zakupiłem eksperymentalnie kilka polskich domen z zamiarem skopiowania mechanizmu pomysłowego Polaka. Wszystkie ciekawe nazwy domen są już zajęte, więc trzeba być kreatywnym, aby wymyślić coś interesującego. W portfelu mam kilkanaście domen kupionych w promocji za grosze. Jak dotychczas udało mi się sprzedać jedną domenę, na której zarobiłem kilkaset złotych. Mam jedną dobrą domenę 4-literową i nawet proponowano mi za nią 1 tys. euro, ale nadal ją trzymam w nadziei na większy zarobek.

Żeby na niej nie tracić zaparkowałem ją na jednym z zagranicznych serwerów. Parkowanie polega na tym, że pod domeną ukazuje się strona z reklamami. Za każde kliknięcie w reklamę mam parę centów. Domena zarabia na siebie, bo dochody z kliknięć przewyższają koszt corocznego odnowienia jej rejestracji (120 zł). Co miesiąc mam z tych kliknięć kilkanaście dolarów, które firma rozliczająca transakcję przesyła mi na konto PayPal. Na tym rynku też trzeba się napracować. Sztuką jest nie tyle posiadanie dobrej domeny, co znalezienie na nią kupca. Na giełdach domenowych mam wystawione wszystkie walory, ale brakuje chętnych do zakupu. Na rynku panuje ogromna konkurencja. Najwięksi mają po kilka tysięcy domen i tylko grube ryby mają szansę osiągać duże dochody.

Test kontekstu

Założyłem też strony internetowe z lokalnym serwisem policyjno-plotkarskim. Miałem dobre informacje z pierwszej ręki, nawet przed gazetami, a w związku z tym dużą oglądalność, jak na lokalny portal. Lokalny rynek, niestety, nie rozumie reklamy internetowej, więc nie udało mi się sprzedać żadnego banera. Testowałem też reklamę kontekstową. Liczyłem, że uda się zarobić na płatnych linkach ukazujących się automatycznie w serwisie. Owszem, ludzie klikali, ale dochody były niewielkie. W ciągu roku zebrałem kliknięć na około 100 dolarów, a przy serwisie napracowałem się jak wół roboczy. Przekonałem się też, że z reklamy kontekstowej i z systemów partnerskich można mieć sensowne dochody pod warunkiem, że ma się ogromną oglądalność, idącą w miliony użytkowników. Co musiałbym napisać, ile wydać na promocję, aby mieć tylu gości? Na reklamie najwięcej zarabiają Google, które z tzw. długiego ogona, czyli z milionów takich serwisów jak mój, mają wprawdzie niewielkie dochody, ale w sumie dają one kilka miliardów dolarów rocznie. Znów okazuje się, że w sieci duże pieniądze mogą zarobić tylko wielkie korporacje.

Próbowałem też zarabiać na fotografii. W ostatnich latach handel fotografią w Internecie mocno się rozwinął. Biznes polega na tym, że fotograf wystawia swoje zdjęcia w serwisie i czeka na kupca. Jeśli zdjęcia są dobre, to mogą spotkać się z zainteresowaniem agencji, wydawnictw, serwisów internetowych. Fotograf dostaje za zdjęcie niewielką stawkę, ale to samo zdjęcie może sprzedać w dowolnej liczbie egzemplarzy. Mam znajomego, pasjonata fotografii, który zaczyna na tym zarabiać, a jego miesięczne dochody sięgają już tysiąca złotych. Mnie jak na razie nie udało się poszaleć. Może dlatego, że zdjęcia nie są najwyższych, artystycznych lotów i są robione przeciętnym sprzętem. Dotychczas sprzedałem zdjęcia za kilkadziesiąt dolarów. Najwięcej na tych fotografiach oczywiście zarabia firma prowadząca serwis, która potrąca sobie kilkadziesiąt procent od każdej transakcji.

Sprzedawaj więcej niż kupujesz

Chyba najlepiej idzie mi na aukcjach internetowych. Tu liczy się sposób prezentacji produktu, zdjęcia muszą być dobre jakościowo, powinny pokazywać szczegóły towaru. Przedmiot powinien mieć adekwatny opis, wzbogacony elementami marketingowo-promocyjnymi. Ważne są opinie o sprzedawcy, więc trzeba stale zabiegać o pozytywne komentarze. Z doświadczenia wiem, że sprzedać można wszystko. Kiedyś wystawiłem na sprzedaż stare czasopisma budowlane. Dla mnie miały wartość makulatury, ale szybko okazało się, że dla innych są cennym źródłem wiedzy. Pisma sprzedały się w ciągu kilku dni za połowę ceny nominalnej.

Teraz nie mam już czasu na handel aukcyjny, więc pałeczkę przekazałem młodzieży, wychodząc z założenia, że będzie to dobrą lekcją przedsiębiorczości. I rzeczywiście. Dzieci same fotografują produkty, opisują je, ustalają cenę. Skuteczność mają zupełnie niezłą, bo średnio co drugi – trzeci przedmiot znajduje nabywcę. A są to stare książki, czasopisma, rozmaite domowe ozdoby. Staram się przekazać młodzieży prostą zasadę handlową: zawsze sprzedawaj więcej, niż kupujesz.

Już kilka ładnych lat testuję biznes internetowy i dochodzę do wniosku, że jest równie trudny jak ten prowadzony w realu. Serwis musi być stale aktualizowany, zaawansowany technologicznie, ktoś musi go na bieżąco optymalizować i pozycjonować w wyszukiwarkach na wybrane słowa kluczowe. A to kosztuje i to niemało. Bardzo trudno jest samemu wszystko ogarnąć. Bez pomocy programisty, pozycjonera i specjalisty od marketingu sieciowego nie sposób wybić się na czoło. Serwis – nawet gdyby był najlepiej wykonany – bez promocji nie ma szans. Potwierdza to mój sąsiad, właściciel sklepu sportowego. Od kilku miesięcy prowadzi działalność równolegle, w sklepie istniejącym fizycznie i w Internecie. Na utrzymanie cybersklepu wydaje znacznie więcej, niż się spodziewał. Jeden z pracowników stale zabiega o profesjonalne fotografie sprzętu, aktualizuje strony, utrzymuje kontakt z klientami. Sporo też kosztuje reklama. Sprzedaż internetowa powoli rośnie, ale ciągle nie jest dochodowa.

Nie ma darmowych obiadów

Biznes internetowy nie jest łatwy. Założenie profesjonalnego sklepu sporo kosztuje, trzeba zakupić oprogramowanie, zapełnić sklep produktami, intensywnie i stale promować go w sieci. Nie chcę zniechęcać do biznesu internetowego, a tylko na podstawie własnych doświadczeń pokazać, że nie ma – jak mówią Amerykanie – darmowych obiadów. W sieci jest ciągle wiele nisz rynkowych i mając dobry pomysł, wkładając w biznes dużo serca i czasu zapewne da się na Internecie zarobić, czego przykładem mogą być portale typu fotka.pl lub nasza-klasa.pl, które powstawały z niczego. Ostatnio rozkręcanie biznesu internetowego jest znacznie łatwiejsze niż kiedyś, a to za sprawą funduszy unijnych i działania 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Jeśli masz pomysł na biznes i działalność gospodarczą zarejestrowaną w ostatnim roku, to możesz ubiegać się o dotację w wysokości 85 proc. wydatków. Trzeba napisać biznesplan, a po otrzymaniu dotacji przetrwać na rynku minimum trzy lata. I to może być najtrudniejsze…

Wasz aspirant Fortuna


Sprzedając różne przedmioty na aukcjach internetowych powinieneś pamiętać o zapłaceniu podatku od zysku. Jeśli sprzedałeś rzecz używaną ponad 6 miesięcy – nie płacisz podatku. Jeżeli jednak sprzedałeś rzeczy nowe (posiadane krócej niż 6 pełnych miesięcy), powinieneś zapłacić podatek dochodowy według skali: 18% i 32%. Transakcję należy wykazać w zeznaniu rocznym PIT-36.

Zajmując się handlem internetowym na większą skalę możesz spotkać się z zarzutem nielegalnego prowadzenia działalności gospodarczej. Jeśli działalność zarobkowa ma charakter zorganizowany i ciągły, to zgodnie z zapisem jednej z ustaw, jest to działalność gospodarcza. W praktyce urzędy skarbowe, aby ustalić, czy działalność jest prowadzona sporadycznie, czy w sposób ciągły biorą pod uwagę m.in. takie fakty, jak:

- czy handel stanowi zasadnicze źródło dochodów sprzedającego,

- czy celem sprzedającego jest generowanie zysku, czy pozbycie się towaru,

- czy handel dotyczy przedmiotów zakupionych w celu dalszej odsprzedaży.

Uzyskując dochody z reklamy kontekstowej powinno się zapłacić podatek. Jeśli współpracujemy z polskim operatorem, nie ma problemu – on go za nas zapłaci. Gorzej jest z Google, które nie miesza się do polskich podatków. W takiej sytuacji najlepiej jest zapłacić podatek samemu do 20 następnego miesiąca, licząc od dnia uzyskania przychodu. Podatek obliczamy w ten sposób, że od przychodu odejmujemy 20 proc. kosztów uzyskania i od pozostałej kwoty liczymy podatek według skali. Należną wartość wpłacamy na konto właściwego urzędu. W przypadku stwierdzenia przez urząd skarbowy uzyskania nieopodatkowanego dochodu może on nałożyć zryczałtowany podatek wysokości 75 proc. przychodów. Zaległości podatkowe przedawniają się po 5 latach licząc od końca roku, w którym powstały.

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przewiduje w 2010 r. dwie rundy kwalifikacyjne w działaniu 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. O dotację na usługę cyfrową mogą ubiegać się przedsiębiorcy działający na rynku nie dłużej niż 12 miesięcy. Jeśli więc uważasz, że masz dobry pomysł na biznes internetowy, rozważ rejestrację działalności gospodarczej i złóż wniosek. Agencja dotuje przedsięwzięcia do wysokości 85 proc. kosztów kwalifikowanych. Kosztami mogą być wynagrodzenia pracowników, zakup sprzętu, oprogramowanie, promocja, wynajem pomieszczeń itp. Minimalny wkład własny przedsiębiorcy wynosi 15 proc. wartości projektu. Agencja dofinansowuje projekty o wartości do miliona złotych.