Historię, którą chciałbym opowiedzieć, usłyszałem po raz pierwszy od kolegów z komendy w Garwolinie. Wcale się nie zdziwiłem, że dziennikarka „Tygodnika Siedleckiego”, która napisała duży artykuł na ten temat, początkowo nie chciała uwierzyć, że coś takiego mogło się naprawdę przydarzyć w Polsce.

Nie od dziś wiadomo, że dla przemysłu obuwniczego rynek afrykański albo jest nie do zdobycia, albo jest żyłą złota. Nawet związana jest z tym opowiastka o dwóch akwizytorach fabryki obuwia, którzy pojechali do Afryki szukać nowych rynków zbytu. Pierwszy dzwoni z Afryki do szefa firmy: „Tu się nic nie sprzeda – wszyscy chodzą boso”. Drugi akwizytor miał inne zdanie: „To jest ogromny rynek zbytu, sprzedamy wszystko na pniu, bo wszyscy chodzą boso”.

Z podobnego założenia wyszło pewne małżeństwo spod Garwolina zajmujące się właśnie produkcją obuwia. Jakieś trzy lata temu trafili do nich czarnoskórzy biznesmeni z Gabonu zamierzający kupić większą partię butów. „Tam wszyscy chodzą boso – zrobimy z nimi dobry interes” – pomyśleli małżonkowie, co raczej prawdą nie jest, gdyż Gabon należy do najbogatszych krajów czarnej Afryki.

fortuna3Zaczęło się od rozmów w jednej z warszawskich knajp. Czarnoskórzy przedsiębiorcy robili dobre wrażenie. Mieli firmowe foldery, mówili różnymi językami, chwalili się elitarnym wykształceniem, rachunki płacili kartą. Obie strony ustaliły, że spotkają się za kilka dni w zakładzie pod Garwolinem, bo pieniądze na dostawę obuwia niepotrzebnie leżą na szwajcarskich kontach. Buty miały trafić do Gabonu, a pierwsza partia miała liczyć kilkaset par. Podgarwoliński zakład obuwniczy zrobił na gościach dobre wrażenie, przedsiębiorcy cmokali z podziwu, chwalili polskie buty, złożyli zamówienie, a w ciągu kilku dni byli gotowi zapłacić za towar gotówką. Do kolejnego spotkania doszło znów w Warszawie, gdzie jeden z Afrykańczyków przekazał producentom butów torbę z metalową kasetką. Gdy nasi przedsiębiorcy otworzyli ją w domu, okazało się, że w środku jest 490 tysięcy euro i wszystkie czarne jak skóra na buty…

Czarnoskórzy biznesmeni wyjaśnili, że euro są czarne, bo zostały zabezpieczone specjalnym środkiem przed złodziejami. Nawet gdyby ktoś te pieniądze ukradł, to i tak – nie znając sekretnego sposobu na odbarwienie banknotów – nie zrobi z nich użytku. A zdejmowanie zabezpieczenia nie było proste. Afrykański gość wlał do naczynia z wodą specjalny specyfik i coś jeszcze. Kilka czarnych euro rozłożył na folii i watą namoczoną w tajemniczym płynie rozpoczął odbarwianie pilotażowej partii banknotów. Czarny kolor rzeczywiście zniknął. Teraz należało tylko wilgotne banknoty wysuszyć pod żelazkiem i mogły być przekazane producentom butów. Pokaz odbarwiania miał tylko uwiarygodnić proces zdejmowania zabezpieczenia z banknotów. Właściwa operacja wybielania pieniędzy i przekazania gotówki była zaplanowana za kilka dni, gdy czarnoskórzy biznesmeni zdobędą większą ilość tajemniczych substancji.

Okazało się, że specyfiki są bardzo drogie, kosztują 17 tysięcy euro. Są jednak tańsze zamienniki – informowali telefonicznie afrykańscy biznesmeni – z tym że do odbarwienia czarnych euro potrzebna jest taka sama liczba czystych banknotów. Tym razem technologia odbarwiania miała polegać na namaczaniu czarnych euro tańszym specyfikiem i przekładaniu czarnych euro czystymi banknotami.

Operację wybielania nową technologią przeprowadzono wspólnie. Właścicielka firmy otrzymała nawet trzy odbarwione banknoty i mogła je sprawdzić w kantorze wymiany. Wszystko grało. Wydawało się, że to nie są czary-mary.

Nasi biznesmeni zgromadzili więc 100 tys. euro w różnych nominałach i wspólnie z gośćmi z Afryki rozpoczęli proces odbarwiania. Operacja trwała kilka dni, bo czarne euro trzeba było namoczyć, przełożyć banknotami z banku, posypać jakimś proszkiem, zawinąć w folię, odłożyć w kasetce na kilkadziesiąt godzin, przełożyć na odwrotną stronę itd., itp. Gdy pierwszy etap wspólnicy mieli za sobą, odbarwiane euro zamknięto w kasetce, a biznesmeni z Afryki wyjechali na kilka dni doglądać innych interesów. Po dwóch dniach milczenia zagranicznych kontrahentów nasi zaniepokojeni producenci butów zajrzeli do kasetki. Czarne euro, jak były czarne, tak zostały, a te prawdziwe euro pochodzące z banku oczywiście zniknęły.

Jak już wiele razy pisałem, naiwność ludzka nie zna granic. Po tej historii – najzupełniej prawdziwej – mnie już na komisariacie nic nie może zdziwić. A wyciągam z tej historii taki wniosek: Afrykańczycy może i chodzą boso, ale potrafią zaczarować każdego…