Inwestując za granicą trzeba mieć dobre rozeznanie rynkowe i niezłą pamięć. Światek finansowy bardzo szybko zapomina historie sprzed lat, kubek w kubek podobne do dzisiejszych piramid finansowych i baniek spekulacyjnych.

Cwaniaczek Ponzi

Już w XVII wieku świat dostał nauczkę rynkową. W Holandii tulipany były wtedy symbolem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. W 1637 r. wybuchła euforia inwestowania w cebulki tulipana Semper Augustus. Za pojedynczą cebulkę tego kwiatu płacono tysiąc guldenów, co było równowartością sześciu rocznych pensji. Spekulanci zarabiali ogromne kwoty na obrocie cebulkami. Ludzie używali bydła, ziemi, kamienic jako lewara finansowego. Sprzedawano nawet cebulki, które dopiero miały urosnąć. Już wtedy pojawiły się transakcje, które dzisiaj nazywamy terminowymi. Inwestorzy stracili zdolność do oceny ryzyka, kierowały nimi zachowania stadne. I rynek załamał się jednego dnia. Na absurdalnie drogie cebulki nagle nie było kupców. Wybuchła panika. Wielu inwestorów-ogrodników straciło w jednej chwili całe majątki.

Warto też pamiętać o włoskim cwaniaczku nazwiskiem Ponzi, który ponad 80 lat temu stworzył w USA ogromną piramidę finansową. Charles Ponzi spekulował uniwersalnymi znaczkami kurierskimi wymienialnymi w Ameryce i Europie. Pierwszym inwestorom wypłacał 50-procentowy zarobek uzyskany w ciągu kilkudziesięciu dni. Informacja o cudownej maszynce inwestycyjnej szybko rozeszła się po wschodnim wybrzeżu USA. Inwestorzy walili drzwiami i oknami. W lutym 1929 r. Ponzi zgromadził 5 tys. dolarów, miesiąc później 39 tys. dolarów, a w maju miał już prawie pół miliona zielonych. W pewnym momencie do funduszu Ponziego napływało ćwierć miliona dolarów dziennie. W sierpniu Ponzi został zdemaskowany. Okazało się, że gromadzonych funduszy nie inwestował, a obietnice wysokich zysków były zwyczajnym kłamstwem.

Ja bym go namierzył

Na przekręt Ponziego nabierają się i współcześni inwestorzy. 20 lat temu wiele osób straciło oszczędności w Bezpiecznej Kasie Oszczędności Lecha Grobelnego. Nawet miałem okazję poznać go osobiście w jego warszawskim zakładzie fotograficznym. Nie zapowiadał się na „bankiera”. Niedawno spotkałem inwestora z sąsiedztwa, który stracił zapewne niemałe pieniądze na piramidzie Allena Stanforda z Teksasu. Przedsiębiorca branży drzewnej dowiedział się o „rewelacyjnym funduszu” i prywatnymi kanałami zainwestował w certyfikaty depozytowe w USA. Początkowo nic nie wskazywało na problemy. Odsetki od kapitału przyrastały na zapowiadanym poziomie. Dopiero, gdy wybuchł kryzys finansowy nasz przedsiębiorca przekonał się, że prawdopodobnie stracił większość zainwestowanych pieniędzy. W prasie wyczytał, że firma Stanforda działała tylko dzięki kolejnym wpłatom inwestorów ze 135 krajów, którzy w sumie zainwestowali około 50 miliardów dolarów. Stanford to prawdopodobnie drugi po Bernardzie Madoffie oszust dekady. Ocenia się, że ten ostatni utopił około 65 miliardów dolarów naiwnych inwestorów.

Swoją drogą, to dziwię się jak we współczesnym świecie możliwe są przekręty na taką skalę. Oprócz zdrowego rozsądku inwestorów, potrzebnego wszędzie, w niektórych krajach przydałby się aktywniejszy nadzór finansowy, który wcześniej ostrzegałby o niebezpieczeństwie. Podczas tulipanowej euforii, czy działania Ponziego nie było wyspecjalizowanych służb kontrolnych, więc można zrozumieć brak reakcji organów państwa. Dzisiaj świat ma doskonałe kanały wymiany informacji, świetnie wyposażone służby nadzoru, a mimo to czasem nie potrafi w odpowiednim momencie wskazać złoczyńcy. Na szczęście nie dotyczy to Polski. Zresztą, gdyby na moim terenie pojawił się taki Stanford, który obiecałby ludziom np. 50 proc. zysku od kapitału, szybko bym go namierzył i rozpracował przekręt.

Wiedza podstawą

Wydaje mi się, że nasz system finansowy przeszedł przez światowy kryzys gospodarczy suchą stopą. Złożyło się na to kilka przyczyn. Jedną z nich jest – paradoksalnie – mała zasobność naszych portfeli. Bogate społeczeństwa zachodnie w poszukiwaniu dochodowych inwestycji przeznaczyły duże kwoty na rozmaite instrumenty finansowe, które w pewnym momencie prysły jak bańka mydlana i zamiast dochodu przyniosły straty. Nasi inwestorzy jeszcze stosunkowo rzadko lokują pieniądze na rynkach zagranicznych i w dużej mierze – właśnie dzięki temu – w miarę spokojnie znieśli zawirowania na rynkach finansowych. Są też blokady prawne. Na przykład fundusze emerytalne mogą inwestować na globalnych rynkach tylko do pewnej wysokości swoich aktywów. Podczas gorączki inwestycyjnej dużo mówiło się o tym, aby zezwolić funduszom na bardziej agresywny udział na rynkach światowych. Na szczęście hamulca nie odpuszczono i straty w czasie kryzysu finansowego były stosunkowo niewielkie.

Bankowcy oceniają, że na całym świecie jest około 20 tys. różnych instrumentów finansowych. Pewnie za 10 lat będzie ich już 30 tys. Rynek finansowy szybko się globalizuje. Z roku na rok będzie przybywać możliwości inwestowania na świecie, a i w kraju pojawiać się będą dotąd nie znane sztuczki inwestycyjne. Rynki finansowe są coraz bardziej liczącą się gałęzią gospodarki i każdy z nas będzie odczuwał parcie instytucji parabankowych na nasze portfele. Aby być wobec nich równorzędnym partnerem, trzeba podjąć wysiłek edukacji finansowej, nawet na własną rękę. Wiedza na temat finansów jest dziś równie ważna jak np. znajomość Internetu. Bez tej wiedzy łatwo możemy się nabrać na schemat Ponziego, nawet jeśli korzystamy z usług profesjonalnego pośrednika.

Nie rozumiesz – nie dotykaj

Pisałem już o przedsiębiorcy, który zbyt mocno zawierzył doradcy i ulokował spore pieniądze w opcje, w momencie najgorszym z możliwych. Gdyby wcześniej miał wiedzę o mechanizmach rządzącymi rynkami terminowymi pewnie nie dałby się wpuścić w finansowe maliny. Nie masz pieniędzy – masz problem. Masz pieniądze – też masz problem, bo chcesz je pilnie i korzystnie ulokować. Wiedzą o tym doskonale różnej maści doradcy, którzy potrafią zagrać na emocjach i sprzedać produkt, którego nie rozumiemy. Dlatego zawsze w takich przypadkach daję prostą receptę: nie rozumiesz, nie kupuj.

Tenże przedsiębiorca zainwestował też w mały apartament w Hiszpanii. Było to kilka lat temu, gdy cała Europa kupowała nieruchomości na południowym wybrzeżu tego kraju. Nie wiem, ile zapłacił, wiem za to, że co miesiąc płaci tysiąc euro raty kredytu wraz z odsetkami. Trudno powiedzieć, jak na tym interesie wyjdzie, bo zakup nieruchomości jest zwykle inwestycją długoterminową, ale myślę, że w perspektywie kilkunastu lat zarobi na mieszkaniu. Teraz ceny apartamentów w tym rejonie spadły o około 25 proc. W przyszłości pewnie odbiją, bo nieruchomości były i są dobrą lokatą kapitału. Trzeba pamiętać, że nieruchomości przynoszą korzyści odłożone w czasie, przedsiębiorca powinien więc spłacać kredyt i cierpliwie czekać na koniunkturę.

Rynek nieruchomości w Hiszpanii się załamał, co odbija nam się czkawką w budowlance. Tak w każdym razie twierdzi inny mój znajomy, właściciel firmy deweloperskiej. Hiszpańskie firmy utraciwszy rynki w swoim kraju frontalnie weszły do Polski, uznawanej za duży i atrakcyjny rynek. Startują w przetargach na inwestycje finansowane z pieniędzy unijnych i pokonują konkurencję niską ceną. Tylko po to, aby mieć co robić. Tak jest w moim regionie. Powstaje wielki basen o wymiarach olimpijskich wraz z aqua parkiem za cenę prawie o połowę niższą od planowanej. Przetarg wygrała markowa firma z polską nazwą, należąca do kapitału hiszpańskiego. Mój informator twierdzi, że przy realizacji nisko wycenionych kontraktów polscy podwykonawcy mogą mieć problemy z otrzymaniem płatności. Zacząłem dopytywać dewelopera, jak to jest z tak niskimi cenami i marżami. Przecież nie da się na dłuższą metę tak zbijać ceny, bo z czegoś żyć trzeba. Zdaniem dewelopera, te same firmy odbijają sobie straty na przetargach drogowych. Tam konkurencja już nie taka, startują grube ryby, a wysokie marże są normą.

Dzisiaj mamy wspaniałe możliwości inwestycyjne. Swoje pieniądze możemy lokować w co chcemy i gdzie chcemy. Praktycznie cały świat mamy przed sobą. Chcemy ulokować kapitał w złocie, proszę bardzo. Wydaje nam się, że warto zainwestować pieniądze w skrzynkę cennego wina leżącego we francuskiej piwnicy – też można. Chcemy być współwłaścicielem spółki notowanej na Wall Street – nie ma problemu. Jesteśmy obywatelami świata. Zawsze jednak trzeba zwracać uwagę na bezpieczeństwo transakcji. Najlepiej więc nasze pieniądze powierzyć wyspecjalizowanej instytucji finansowej z dobrą opinią, która w naszym imieniu je zainwestuje.

Wasz aspirant Fortuna

Nie musimy ograniczać się wyłącznie do inwestowania na parkiecie Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Możemy inwestować w akcje i obligacje zagraniczne. Musimy to jednak robić za pośrednictwem biura maklerskiego mającego licencję na działalność międzynarodową. Sesje europejskie trwają w tym samym czasie, co na WGPW. Jeśli chcemy kupić akcje np. Coca-Coli na giełdzie nowojorskiej, to powinniśmy pamiętać o różnicy czasu, bo tam sesje zaczynają się przed godz. 16 naszego czasu. Notowania giełd azjatyckich rozpoczynają się późnym wieczorem naszego czasu i kończą nad ranem.

Prowizje za zakup zagranicznych akcji są stosunkowo wysokie i wynoszą w zależności od biura od 0,3 do 0,88 proc. i zwykle nie są niższe od 15-40 dolarów lub euro. Opłaty trzeba uwzględnić w rachunku końcowym, bo może się okazać, że prowizje biura maklerskiego pochłoną ewentualne dochody ze sprzedaży akcji. Inwestor musi także wziąć pod uwagę ryzyko kursowe. Może bowiem zdarzyć się taka sytuacja, że ceny akcji liczone np. w walucie euro wzrosną i jednocześnie umocni się złotówka. Zysk z operacji okaże w takim przypadku iluzoryczny.

Przy składaniu zlecenia zakupu akcji na zagranicznej giełdzie musimy mieć na rachunku odpowiednią walutę. Nie oznacza to, że musimy dokonać przelewu właściwej waluty na konto. Zazwyczaj wystarczy dyspozycja przewalutowania środków na rachunku. Koszt przewalutowania powinniśmy także uwzględnić w rachunku końcowym sprzedaży akcji.

Tańszym sposobem inwestowania zagranicą jest zakup jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych, które lokują swoje aktywa w zagraniczne papiery wartościowe. Wadą tego rozwiązania jest, że nie mamy wpływu na dobór papierów wartościowych w portfelu. W 2009 r. polskie fundusze inwestycyjne ulokowały na rynkach zagranicznych około 6 miliardów złotych.

Otwarte Fundusze Emerytalne mogą lokować nasze aktywa poza granicami kraju do wysokości 5 proc. zgromadzonych środków. OFE mogą inwestować na rynkach krajów OECD w akcje spółek i obligacje emitowane przez rządy lub banki centralne tych państw. Unia Europejska domaga się zniesienia tego limitu.

Fundusze hedgingowe specjalizują się w najbardziej agresywnych i ryzykownych inwestycjach. Szacuje się, że podczas kryzysu w 2008 r. fundusze hedgingowe na całym świecie odnotowały łączną stratę w wysokości 350 mld USD, z tego na Amerykę Płn. przypadło 183 mld USD strat. Wielu ekonomistów źródeł kryzysu upatruje właśnie w funduszach hedgingowych.