Dąbrowscy to przykład rodziny o niestabilnych przychodach i o stałych kosztach. Przychody mogą być nawet niezłe, bo mąż – przedstawiciel wolnego zawodu – prowadzi działalność gospodarczą, ale sęk w tym, że są one nieregularne. Ta sytuacja dotyczy architektów (jak Dąbrowski), właścicieli małych firm budowlanych, taksówkarzy czy informatyków prowadzących działalność gospodarczą. Koszty stałe są niemałe, trzeba opłacić czynsz, podatki, podwykonawców, studia dla dzieci itd. Jak sobie radzić, gdy przypływ gotówki pojawia się co 2-3 miesiące albo jeszcze rzadziej? Dzisiaj przyglądamy się wydatkom Dąbrowskich.
Najwięcej na mieszkania
Z czteroosobowej rodziny Dąbrowskich zaczęło właśnie pączkować nowe gospodarstwo domowe: 20-letni syn studiuje dziennie we Wrocławiu, wynajmuje mieszkanie (za 600 zł) i musi się utrzymać (dostaje na to przynajmniej 500 zł miesięcznie), czyli ponad 1100 zł miesięcznie. Dąbrowscy płacą niewysoki czynsz (290 zł) za mieszkanie, ale mają też piec i kominek (obok gazu do gotowania i do grzania wody), dlatego dodatkowe 400 zł na węgiel i drzewo w grudniu obniży koszty ogrzewania w następnych miesiącach.
Z takich powodów Dąbrowscy przeznaczyli na oba mieszkania ponad 30 proc. wydatków (czyli razem 1540 zł) i była to największa pozycja w ich grudniowym budżecie. To dosyć dużo, zważywszy że łączne przychody Dąbrowskich w tym miesiącu osiągnęły niemal 6000 zł (dokładnie 5950 zł). Rodzina nie spłaca żadnych kredytów, także hipotecznych, ale opłata za studenckie mieszkanie stanowi podobne obciążenie. Ze względu na niestabilne przychody męża wykonującego wolny zawód zakup małego mieszkania we Wrocławiu na razie nie wchodzi w grę, ale taki wariant rodzina bierze pod uwagę, o ile przyszła koniunktura zapewni mu długi ciąg intratnych zamówień. Syn dopiero podjął studia, a za kilka lat do Wrocławia trafi 15-letnia dzisiaj córka (teraz w ostatniej klasie gimnazjum).
Nie oszczędzają na żywności
Żywność jest istotnym elementem grudniowego budżetu Dąbrowskich – to prawie 750 zł (746,7 zł), czyli 14,6 proc. wydatków. Rodzina raczej nie oszczędza na żywności. Oprócz dość częstych i z reguły niewielkich (po kilkadziesiąt złotych) zakupów spożywczych pozwala sobie na zamówienie pizzy do domu, a także na wizyty w kawiarniach. Dąbrowski jako prowincjonalny architekt musi się tam spotykać z obecnymi i potencjalnymi klientami. Jedyne większe sprawunki w supermarkecie zostały sfinansowane bonami przekazanymi jako prezent świąteczny przez firmę telekomunikacyjną, w której pracuje Dąbrowska.
Na odzieży i obuwiu w grudniu nie udało się oszczędzić: z 560 zł (czyli prawie 11 proc. ogółu wydatków) na ten cel najdroższe były płaszcz dla syna (330 zł) i buty (200 zł). Po cenach sądząc, są to produkty dobrej jakości, więc powinny posłużyć nieco dłużej.
Na artykuły chemiczne i środki higieny osobistej oraz na edukację Dąbrowscy przeznaczyli niemal taką samą kwotę (po około 430 zł). Spora kwota na edukację wynika z dodatkowych lekcji przed egzaminem na prawo jazdy, jakie bierze student, i z opłaty egzaminacyjnej (ponad 310 zł).
W pozycji „kultura i rekreacja” o wysokości 348,4 zł mieszczą się zarówno książki kupione przez Internet, jak i prezenty świąteczne, także dla rodziny (teść) i dla znajomych ze szkoły i z pracy. Dąbrowscy nie okazali się zbyt rozrzutni i ograniczyli koszty prezentów do rozsądnej wielkości.
Dość dużo, bo 250 zł, kosztuje telefon i Internet. Jest to zapewne łączna opłata za wszystkie telefony używane przez rodzinę (czyli nawet cztery), bo w rejestrze wydatków brak wzmianek o zakupie kart telefonicznych, czy o dodatkowych opłatach. Na tym chyba nie uda się oszczędzić. Poza tym, w rubryce „transport i łączność” figuruje ponad 120 zł za bilety autobusowe. Dwa-trzy razy w tygodniu kupują bilety po około 14 zł dla dorosłych i – rzadziej – ulgowe, tańsze dla córki.
Mimo sporych, regularnie ponoszonych wydatków na studia syna (łącznie ponad 1100 zł miesięcznie), a także intensywniejszej konsumpcji świąteczno-noworocznej Dąbrowscy zamknęli grudzień z dodatnim wynikiem finansowym. Po odjęciu od przychodów (5950 zł) wszystkich wydatków (5115,1 zł) pod koniec miesiąca zostało im prawie 835 zł, czyli ich stopa oszczędności (stosunek wyniku finansowego do wielkości przychodów) wyniosła ponad 14 proc.
Sezon zimowy sprzyja w tym roku indywidualnej praktyce architektonicznej Dąbrowskiego, ale po złych doświadczeniach i zastoju w budownictwie i w inwestycjach w latach 2008-2009 zwyczajem rodziny jest stałe odkładanie wolnych środków na cięższe czasy. W grudniu będzie to ponad 800 zł, a w skali 2010 roku uzbierało się już ładnych kilka tysięcy złotych. W końcu Dąbrowscy muszą wspierać dzieci jeszcze co najmniej przez 10 lat, a i sami – w razie niższych albo żadnych dochodów męża – nie utrzymają się wyłącznie ze skromnej pensji Dąbrowskiej.
Bankowcy i księgowi zwykli mówić: „cash is the king”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: gotówka jest najważniejsza. Pierwszy tego określenia użył po krachu na giełdzie w 1987 r. szef szwedzkiego Volvo, który zauważył, że firma miała w dokumentach finansowych dużo nieściągniętych należności i niewiele pieniędzy w kasie. Tak się może zdarzyć, że bilans firmy wygląda nie najgorzej, tzn. są wysokie długo- i krótkoterminowe należności, ale wskutek różnych komplikacji np. na rynkach światowych, nie sposób zamienić ich na gotówkę potrzebną choćby na płace dla pracowników. Mimo dobrej kondycji finansowej na papierze, firma może wpaść w tarapaty, bo nie ma żywego pieniądza na koncie. Jeśli z pomocą nie przyjdzie bank uruchamiając kredyt obrotowy, nawet dobrze prosperująca firma może zbankrutować.
Od tamtego czasu maksyma księgowych i bankowców odżywała za każdym razem, gdy na rynkach pękała bańka spekulacyjna. Wszyscy wtedy przypominali sobie, że gotówka jest najważniejsza i tylko ona gwarantuje przetrwanie trudnych momentów. Po ostatnim kryzysie z 2008 r. powiedzenie trafiło pod strzechy i teraz specjaliści uważają, że dotyczy także gospodarstw domowych. Bo cóż z tego, że jesteśmy potencjalnie zamożni, tzn. mamy nieruchomość, akcje, numizmaty, obrazy i złoto, skoro tak naprawdę możemy zostać wykluczeni finansowo, gdy nie mamy za co uregulować bieżących rachunków. Płynność takich dóbr jak nieruchomości czy dzieła sztuki jest stosunkowo mała i nie da się ich z dnia na dzień zamienić na złote.
Wniosek z doświadczeń Volvo jest więc taki, że powinno się tak inwestować, aby na koncie była zawsze odpowiednia ilość pieniędzy gwarantująca płynność finansową domowego budżetu. Po przypływie większej gotówki nie powinniśmy jej w całości przeznaczać na zakup dóbr materialnych lub na cele inwestycyjne. Najlepiej wszystko odłożyć na konto i na spokojnie podjąć decyzję co do przyszłości. Przy nieregularnych przychodach np. z działalności gospodarczej konto bankowe powinno być naszym gwarantem bezpieczeństwa. Osobiście jestem zdania, że na koncie powinniśmy mieć oszczędności przekraczające 6-miesięczne wydatki.
Kredyt nie dla biednych
W przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą wskaźnik ten powinien być nawet wyższy, a balansowanie w okolicach zera i posiłkowanie się kredytem bankowym na bieżące wydatki – jak to w naszych warunkach często się dzieje – jest niebezpieczną jazdą po bandzie. Doświadczeni przedsiębiorcy wiedzą, że kredyt najlepiej brać wtedy, gdy pieniądze są na koncie, a nie wtedy, gdy nie mamy ich wcale. Im bardziej potrzebujemy gotówki, tym więcej musimy za nią zapłacić. Gotówka na koncie zapewnia nam bezpieczeństwo, a kredyt umożliwia rozwój działalności gospodarczej. Trzeba też pamiętać, że w działalności gospodarczej odsetki od kredytu zaliczane są w koszty, zmniejszając w ten sposób podstawę opodatkowania.
W domowych finansach jest podobnie, trzeba dążyć do tego, aby na koncie a vista lub na przyjaznej lokacie terminowej mieć przynajmniej kilkumiesięczne dochody. Życie przecież stale przynosi niespodzianki i musimy mieć finansowy wentyl bezpieczeństwa na wypadek utraty pracy, odejścia strategicznego klienta, choroby itp. W przypadku rodzin o niestabilnych, nieregularnych przychodach warto docenić walory kart kredytowych, które umożliwiają robienie zakupów na nieoprocentowany kredyt krótkoterminowy. Karta kredytowa poprawia naszą płynność finansową, gdyż umożliwia robienie zakupów także wtedy, gdy z jakichś powodów mamy puste konto. Kartę powinno się tak zintegrować z kontem, aby tuż przed upływem terminu bezodsetkowego doszło do automatycznej spłaty kredytu. Wchodzenie w oprocentowanie jest relatywnie drogie i może prowadzić do powstania pętli zadłużenia. Trzeba pamiętać, że kredyt na karcie jest korzystny do momentu wymagalności. Karta może być też niebezpiecznym środkiem płatniczym, zwłaszcza w rękach osób nie rozumiejących specyfiki plastikowego pieniądza. Po prostu najlepiej nie ulegać pokusie niepotrzebnych zakupów.
Przydatny debet
Dobrze jest – tak na wszelki wypadek – otworzyć w banku linię debetową w koncie osobistym. Wielokrotnie doceniłem zalety debetu zwłaszcza, gdy zapomniałem o jakimś stałym wydatku. Spłacam np. kredyt mieszkaniowy i bywa, że w momencie, gdy nadchodzi termin przelewu raty kredytowej, z jakichś powodów na koncie brakuje gotówki. Wtedy zaczyna działać debet. Bank wykonuje polecenie przelewu spłaty raty kredytowej schodząc z moim saldem pod kreskę. Po jakimś czasie uzupełniam stan konta i wszystko wraca do normy. Takie chwilówki są bardzo wygodne i łagodzą relacje z bankiem hipotecznym, który przy terminowych spłatach nabiera przekonania o naszej solidności finansowej.
Jeśli nasza karta debetowa i kredytowa są powiązane z bankowym kontem internetowym, to mamy jeszcze tę korzyść, że każdy wydatek widzimy na ekranie monitora, dzięki czemu łatwiej kontrolować stan finansów rodzinnych. Monitorowanie wydatków rodzinnych jest świetnym sposobem ułatwiającym oszczędzanie. Jedna z rodzin, którą poprosiłem o notowanie grudniowych wydatków powiedziała mi, że sam fakt spisywania codziennych kosztów utrzymania uruchamiał zakupowe hamulce. Po krótkiej analizie rodzinnych wydatków okazało się, że zaopatrywanie się w tzw. sklepach dyskontowych generowało niepotrzebne wydatki. Otóż u kupujących wyrobiło się przekonanie, że skoro zaopatrują się w tańszych sklepach, to mogą sobie pozwolić na więcej. W koszyku lądowały więc tanie garnki, kolejne buty (przydadzą się…), drobny sprzęt elektroniczny. Dzięki monitoringowi spadła liczba niepotrzebnych zakupów.
Przy uzyskiwaniu nieregularnych dochodów znaczenia nabiera właściwe planowanie grubszych wydatków, takich jak np. ubezpieczenie samochodu. Sam wiele razy się przekonałem, że tanich ubezpieczeń nie ma. W reklamach telewizyjnych wmawiają nam, że u nich opłaty są znacznie niższe niż u konkurencji. Gdy sprawdziłem, zawsze okazywało się, że jest odwrotnie. Ubezpieczenie jest znaczącym wydatkiem w budżecie. Trzeba o nim pamiętać dużo wcześniej i zawczasu gromadzić pieniądze na koncie pamiętając maksymę, że gotówka jest królem.
Wasz aspirant Fortuna
![]()
Komentarz eksperta
Aleksander Rychwalski
Komisja Nadzoru Finansowego
Wyniki ostatnich badań pokazują, że kryzys finansowy znacznie obniżył poczucie bezpieczeństwa finansowego Europejczyków. W Polsce tylko 2 proc. gospodarstw domowych deklaruje poczucie bezpieczeństwa finansowego. Najlepszą strategią poprawy bezpieczeństwa finansowego jest oszczędzanie i rodzina Dąbrowskich jest tego świadoma. Tylko co trzecia polska rodzina „nieco oszczędza”, a co trzydziesta „dużo oszczędza”. Dąbrowskich, którzy zaoszczędzili siódmą część grudniowego dochodu, moglibyśmy zaliczyć do tej drugiej grupy.
W grudniowym budżecie Dąbrowskich na uwagę zasługuje niski odsetek kosztów związanych z transportem – ponad czterokrotnie niższy niż dla przeciętnej polskiej rodziny z dwójką dzieci. Dąbrowscy nie mają samochodu, który generuje wysokie wydatki. To przede wszystkim wydatki na paliwo, przeglądy serwisowe oraz nieprzewidziane naprawy, składki na ubezpieczenia, ewentualne raty – jeżeli samochód został zakupiony na kredyt. Oprócz nich posiadanie samochodu wiąże się z jeszcze jednym poważnym kosztem, ponoszonym dopiero przy sprzedaży. Ekonomiści nazywają ten koszt amortyzacją, a polega on na tym, że samochód traci z wiekiem na wartości. Obliczając różnicę między kosztem nabycia samochodu a ceną jego późniejszej odsprzedaży, a następnie dzieląc tę różnicę przez liczbę miesięcy użytkowania auta, otrzymamy najprostszą miarę miesięcznej amortyzacji samochodu. Wszystkie te koszty potrafią uczynić z samochodu przysłowiowy „kamień u szyi”. Dąbrowskim udało się ich uniknąć.
Użytkowanie dwóch mieszkań w Nowej Rudzie i drugiego we Wrocławiu (na potrzeby studiującego syna) sprawia, że wydatki Dąbrowskich w tej kategorii są wysokie. Rodzina mogłaby rozważyć zakup mieszkania we Wrocławiu, z którego w przyszłości korzystałaby dwójka dzieci. Za trzy lata córka będzie w ostatniej klasie szkoły ponadgimnazjalnej – to dość czasu, aby spróbować zgromadzić środki na wkład własny na zakup mieszkania. Obecnie rodzina nie ma kredytów, więc pewnie byłaby w stanie spłacać kredyt na zakup mieszkania (poza wkładem własnym) – zamiast ponosić przyszłe koszty wynajmu we Wrocławiu. Choć wydatki na zakup mieszkania, wliczając raty kredytu, nie są niskie, to – w przeciwieństwie do kosztów posiadania samochodu – powiększają majątek. Nieruchomość może stanowić zabezpieczenie emerytalne rodziców, gdy dzieci się usamodzielnią i Dąbrowscy np. wynajmą mieszkanie, lub posagowe, gdy zechcą wspomóc dzieci na rozpoczęcie ich samodzielnego życia.
Ze względu na nieregularność dochodów, Dąbrowscy powinni zacząć od skrupulatnego, systematycznego oszczędzania. Narzędziem, które okaże się przydatne jest prosta w obsłudze, bezpłatna aplikacja komputerowa „Budżet osobisty”, dostępna w zakładce „Asystent budżetu” na stronie manymany.info. Program i witryna internetowa zostały stworzone przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego z myślą o promocji oszczędzania i świadomego zarządzania finansami osobistymi. Aplikacja „Budżet osobisty” pozwoli nie tylko sprawdzić, na czym można zaoszczędzić, aby poprawić stan domowych finansów, ale przede wszystkim zwiększy szanse wyrobienia nawyku codziennego, regularnego śledzenia wydatków, co jest podstawą bezpieczeństwa finansowego każdego gospodarstwa domowego.

12 lut
4 maj
2 maj
24 kwi
17 kwi
29 mar
14 mar
28 lut
5 sty
13 kwi
4 komentarze
Dziś skomentować chciałam miesięczne wydatki rodziny Dąbrowskich. Właściwie jak i w tej rodzinie, u mnie także dotychczas występowały niestabilne przychody i – niestety – stałe koszty. Choć z tą, przeogromną, różnicą, że dochody mojego gospodarstwa (1 dorosła + 2 dzieci, chomik i rybka) to jakaś 1/7 – 1/8 dochodów tejże rodziny… :/
Dobra, wracamy do nich…
)
Zdecydowanie dużym wydatkiem jest wynajem wrocławskiego mieszkania, na potrzeby studiującego tam syna. Ja, na pewno, rozważałabym – na ich miejscu – zakup mieszkania (przyda się dla dzieci; zawsze można je wynająć komuś innemu; powiększy to majątek jako nieruchomość). Sama – odkąd skończyłam lat 19 (czyli naście już lat) – jestem „na wynajętym”. Brak mi, po prostu, zdolności kredytowej. I trafia mnie, nieomal, gdy sobie pomyślę (że gdybym ową zdolność kredytową posiadała) ile lat kredytu mieszkaniowego miałabym już za sobą. A tak, taką samą sumę jaką płaciłabym ratalnie za kredyt, co miesiąc „ładować” muszę w obcą kiesę, praktycznie nic z tego nie mając. A tak miałabym choć perspektywę własnego M w przyszłości… Myślę, że rodzina D. mogłaby naprawdę wziąć to pod uwagę, tym mocniej, iż ich miesięczne dochody wcale nie są takie niskie (gorzej, że niestabilne). Kwoty, które udaje im się zaoszczędzić mogliby gdzieś zainwestować, ulokować – na wkład własny pewnie by się uzbierało.
Co do sposobu ogrzewania mieszkania, moim zdaniem, piec nie jest takim złym pomysłem. Mam porównanie, jako, że w mieszkaniu, które wynajmuję, zainstalowany jest piec dwufunkcyjny (tzn. ogrzewanie gazowe), zaś w moim domu rodzinnym stoi właśnie stary, poczciwy piec kaflowy. Jest z nim, z pewnością, dużo więcej zachodu: trzeba zejść do piwnicy, narąbać drewno, wnieść ciężkie wiadro na drugie piętro, rozpalić w piecu, dokładać, pilnować, by nie wygasło… Potrzebna do tego krzepa i sporo „zmarnowanego” czasu. Ja natomiast ustawiam temperaturę, odpowiedni program, i wszystko inne mam w nosie. Gorzej, gdy przychodzi do zimowych rozliczeń opału… Rachunek za gaz, za dwa miesiące, wynosi mnie wtenczas powyżej 600 zł (oszczędzam jak mogę: przykręcam temperaturę w pomieszczeniach, w których może być niższa – kuchnia; w nocy zmniejszam na 17-18 stopni; pilnuję szczelności drzwi i okien; porządnie nagrzewam przeważnie w łazience, gdzie wykąpać muszę dwoje małych dzieci; mam małą kawalerkę, ok. 25-30 m2). Moja mama, na mieszkanie 48 m2, potrzebuje tony węgla (ok. 600 zł; czytałam też o „gorszym”, czeskim węglu za 450 zł/tonę) – i wystarcza im to na całą zimę (mniejszym problemem jest „skombinowanie” drewna i makulatury, by „odciążyć” wydatki na węgiel). Najlepiej myśleć o opale jeszcze przed sezonem, wtedy jest dużo czasu na porządne „zaopatrzenie” piwnicy, no i koszty są dużo mniejsze. Zwłaszcza w tym roku, albowiem znalazłam informację, że „z powodu objęcia węgla akcyzą od stycznia 2012 r. tona tego surowca może podrożeć nawet o 30 złotych”. Co do mojego gospodarstwa domowego – sama przedpłacam rachunki za gaz już od września – zawsze uzbiera się kwota wystarczająca, by rachunek 600 zł nie zbił mnie z nóg…
To trochę taka moja bolączka, albowiem zdaję sobie sprawę, że gdy dysponuję trochę większą gotówką niż zwykle, miast wpłacać ją jako przedpłaty gazu, prądu, wody czy mieszkania, mogłabym sumy te ulokować na np. jakimś rachunku oszczędnościowym. Życie mnie jednak nie rozpieszcza i zwykle jest tak, że gdy na chwileczkę dosłownie przestaję mieć z górki, zaraz „dowala” mi czymś innym (choroby dzieci, popsuty sprzęt agd czy coś podobnego). Wolę zatem nie mieć tej gotówki „do dyspozycji” – byśmy jej nie przejedli, nie przechorowali, nie wydali na specjalistów (a mam spokojne sumienie i głowę, że rachunki opłacone). W razie wypadku – moja mobilizacja by sprostać zagrożeniu staje się większa – i wyciągam brakujące pieniądze, choćby spod ziemi (babciu, dziękuję…). Właśnie jestem w trakcie takiej „mobilizacji” – dowiedziałam się niedawno, że do 24 maja muszę zgromadzić 2 tysiące złotych, by opłacić pobyt opiekuna w sanatorium dziecięcym. Myślicie, że nie mając przychodu przekraczającego tysiąc złotych miesięcznie (więc: null oszczędności) jest to możliwe do zrealizowania? Hmm, mnie także wydaje się to niedorzeczne, absurdalne i wątpliwe. Ale zrobię wszystko, by moje dzieci podleczyły się w tym uzdrowisku! W-S-Z-Y-S-T-K-O!!!
Łatwiej jest mi w okresie letnim, bowiem wtedy większa szansa na jakieś „zlecenia” i dodatkową pracę. Co uda mi się zaoszczędzić – zwykle pochłonie zima. I tak rok, w rok. Dobrze, że Dąbrowscy nie muszą borykać się z takimi problemami
Rozsądnie gospodarzyli podczas grudniowych prezentów. Widać, że nie do nich uderzyć można z maksymą „zastaw się, a postaw się”. Chwali się to, chwali…
Nie dusili za to grosza, gdy chodziło o zakup ubrań. Widać, że stawiają na lepsze jakościowo ciuszki, które posłużyć mogą dłużej. Ja – z doświadczenia – wiem, że można coś kupić, ale potem – w sumie, nie wiedzieć czemu – leży to w szafie. Wolę „uwalniać łaszki”, wydawać, gdy długo w nich nie chodzę – zatem stawiam na tańsze rzeczy, z bazarku, ciuchlandu. Droższe kupuję jedynie glany – ale są to buciory, w których chodzę cały, bity, rok (wiosna, lato, jesień, zima), a czasami nawet dłużej niż rok (ehhh, ściągam, ściągam czasami…
Poczytuję Ciebie, Fortuno, i widzę, że jakby powoli oswajasz we mnie myśl, że debety, kredyty, karty płatnicze, raty to nie taka straszna sprawa, jak ją mój umysł maluje. Nie mam ustalonego debetu na koncie, nie korzystam z kart płatniczych, nigdy nie zaciągałam kredytów ni pożyczek (pierwszy raz chciałam, na owo sanatorium, ale nikt mi takowej nie użyczył), tylko raz miałam raty (na pralkę, gdyż stara niefortunnie popsuła się, gdy bliźnięta były małymi brudaskami). Muszę wymodelować swój pogląd na owe „udogodnienia”.
To monitorowanie kosztów to także dobra metoda (od dawna z niej korzystam, choć – niestety – brak mi w tym systematyczności). Czasami nawet może nas obronić przed samym sobą – gdy mamy kłopot w tej dziedzinie. Często pieniądze jakby same od nas wypływały – a robienie comiesięcznych bilansów to doskonały sposób na zlokalizowanie „dziury”, przez która ciurkiem przepływa gotówka. Można wtedy poplanować, przemyśleć. Pracy nad sobą samym nigdy za wiele…
I jeszcze jedna dygresja… Ja tak wciąż o tym „dusigroszowaniu”. Bo muszę, nie mam innego wyjścia. Ale – przy dzieciach – czasami „odpuszczam” i niespodziewanie, spontanicznie „wyskakuję” z jakąś drobną niespodzianką dla nich. A kiedy wypływają ze mnie dziwne wyrzuty: „popatrz, ile za to miałabyś… (właściwe wstawić)” natychmiast duszę je w zarodku. Bo uśmiech na twarzy dzieci (wywołany nawet drobnostką) to rzecz bezcenna…
A propos powyższego artykułu Pana Fortuny.
Gotówka na koncie tak, jestem za, ale jednocześnie trzeba sprawdzić czy bank, w którym chcemy ulokować nasze oszczędności posiada gwarancję Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (co do aktualnej wysokości kwoty jaką BFG zobowiązuje się zwrócić klientowi danego banku, w razie gdyby ten bank upadł, należy sprawdzić na stronie BFG i ewentualnie, gdy ktoś posiada więcej oszczędności, ponad ten limit, można ulokować je wtedy w innych bankach – w sytuacji gdy obawiamy się trudności ze zwrotem naszych należności z konta oszczędnościowego)
Po małym wywiadzie wśród znajomych i nieznajomych także muszę stwierdzić, że przysłowiowe trzymanie pieniędzy w skarpecie nadal się zdarza nawet osobom, które posiadają dużą wiedzę na temat sposobów oszczędzania. Dlaczego tak jest? Wydaje mi się, że nadal silne jest przywiązanie do namacalnej obecności pieniądza w portfelu, a pieniądz elektroniczny jest interesujący tylko dla osób, które kolokwialnie mówiąc znają się na korzystaniu z kart kredytowych, uważają że karty kredytowe są modne i ich posiadanie wiąże się z prestiżem, są wygodą dla jego posiadacza (zarówno wspomniany kredyt na karcie, który możemy spłacić najlepiej przed terminem wymagalności jak i sposób płatności) czy po prostu dużo zarabiają i łatwiej jest im zarządzać swoimi środkami na koncie (oczywiście można tutaj też przytoczyć wiele innych motywów, ale najważniejsze z nich moim zdaniem pojawiły się zarówno w artykule jak i moim komentarzu).
Kolejna ważna sprawa, popieram kredyt na inwestycje a nie na bieżące wydatki konsumpcyjne. Ważna jest np. inwestycja w wiedzę (studia, kursy, szkolenia itp.) i tutaj warto na te cele zaciągać kredyty, bo jak wiadomo to czego się nauczymy i jakie umiejętności pozyskamy, to będą one dla nas solidną podstawą do dalszego życia zarówno osobistego jak i zawodowego (z naciskiem na to drugie), inwestycja w mieszkanie, dom, inne nieruchomości, dzieła sztuki też jak najbardziej, ale pamiętajmy o wolnych środkach, po to by mieć zdolność do regulowania bieżących zobowiązań (a nie żeby nad nami wisiał miecz Damoklesa), dbajmy więc o płynność i dodatni stan naszych finansów (zjawisko płynności w głównej mierze decyduje o być albo nie być danej firmy, w przypadku gospodarstw domowych jest to również ważne, by nie wpaść w pętlę zadłużenia).
Za rada p. Rychwalskiego z KNF, polecam również sporządzanie preliminarzy, budżetów oraz wykazu faktycznie przez nas poniesionych wydatków, a także zestawienia przychodów. Może jest z tym trochę pracy i trzeba poświęcić na to nieco czasu, ale jednocześnie jest to wspaniałe źródło informacji o naszych kosztach, przychodach, stratach i dochodach. Ja osobiście sporządzam sobie takie zestawienia w zeszycie czy na komputerze w arkuszu kalkulacyjnym (polecam to drugą metodę, bo można zrobić z tych danych wykresy, przeanalizować, ocenić, wysnuć wnioski, a także prognozować wielkość wpływów i wypływów w analogicznych okresach).
Wracając jeszcze do analizy wydatków Państwa Dąbrowskich, zauważyłam, że sporą ich część stanowią wydatki na dzieci (a właściwie to: nastolatkę i (dwu)dziestolatka). Kieszonkowe córki: 150 zł, kasa dla syna na życie we Wrocławiu: 500 zł, mieszkanie syna we Wrocławiu (wynajem): 600 zł, płaszcz dla syna: 330 zł, opłata za egzamin z prawa jazdy: 112 zł, opłata za dodatkowe godziny kursu prawa jazdy: 200 zł (założyłam, że prawo jazdy próbuje zdobyć dwudziestolatek). Wspaniale, że rodzice wspierają swoje dzieci, zapewniając im perspektywy i odpowiedni rozwój. Myślę jednak, że młodzi są na tyle dojrzali, by pomyśleć czasami o „dorobieniu” sobie paru złotych, na własne potrzeby (nie trzeba by o to prosić rodziców, a to – jakby nie było – odciążyłoby choć trochę budżet rodzinny). Pod lupę braliśmy akurat grudzień – ale na przykład latem, gdy ja byłam równolatką juniorki D. chętnie chodziłam „na zarobki” – w pole, do sadu; zbierałam surowce wtórne; roznosiłam ulotki i wykonywałam szereg drobnych prac, za które wpadał mi „jakiś grosz” (mycie samochodu, zakupy dla sąsiadki, wyprowadzenie czyjegoś psa, zajęcie się czyimś berbeciem etc.). Również syn mógłby spróbować dorobić sobie do studenckiego życia. Rewelacja, że rodzice opłacają mu wynajem mieszkania, ponoszą – pewnie – koszty związane z mediami, nauką, ubierają syna (płaszcz 330,-). Na przyjemnostki i częściowe utrzymanie jednak syn mógłby – w wolnych od nauki chwilach – zarobić. Pracodawcy, w ramach oszczędności i redukcji kosztów, chętniej zatrudniają (choćby na umowy cywilnoprawne) studentów czy osoby z grupą inwalidzką. We Wrocławiu (dużym mieście, gdzie naprawdę sporo się dzieje) takich zleceń nie brakuje. Nie wiem, co studiuje syn, jakie ma zainteresowania, ni predyspozycje osobowościowe, ale – z pewnością – przy odrobinie chęci znalazłby coś dla siebie (wklepywanie danych w komputer, inwentaryzacje w dużych sklepach, rozdawanie gazetki np. Metro, korepetycje). Może także odsprzedawać niepotrzebne już pomoce naukowe, w zamian kupując te, zaspakajające bieżące potrzeby. Jasne, że prościej jest żyć z kieszonkowego od rodziców (zwłaszcza gdy zapewniają wszystko, co niezbędne), ale takie „dorabianie” sobie uczy gospodarności, samodzielności i oszczędności. Gdy sami na coś „ciułamy”, znacznie trudniej nam przepuszczać przez palce te „ciężko zarobione” złocisze, i – zwykle – trzy razy obracamy je w palcach, zastanawiając się, czy wydatek jest przemyślany. Gdy „łatwo nam przychodzi” – nie mamy w sobie tego nawyku „kontroli wydatków” i – bywa – niekoniecznie szanujemy wartość pieniądza. Choćby dla tej „pokory” warto odbyć tę naukę…
Znam kilka osób, które mają swoje firmy i wykonują wolne zawody – ich przychody także określić można jako niestabilne, bowiem gotówka nie wpływa na ich konta z jakąś precyzyjną regularnością. Ale jak już się pojawi – to są całkiem niezłe sumy, potrafiące przekroczyć kilkakrotność średniej krajowej. Kiedy więc przychodzi „martwy sezon” i brak systematycznych zarobków – są w stanie, spokojnie, przeżyć z zaoszczędzonych kwot. Jeden ze znajomych (nawiasem mówiąc: mój były pracodawca) po każdym otrzymanym przelewie przeznaczał na lokatę około pięciu tysięcy. Wciąż ją przedłużał, wyciągając z niej jedynie odsetki. Kiedy brakowało zleceń (zwłaszcza w okresie zimowym) zawsze miał jakieś zabezpieczenie i zaplecze finansowe do dyspozycji. Mam nadzieję, że i państwo Dąbrowscy rozporządzają swoim majątkiem równie zapobiegliwie i frasobliwie.
Analizując budżet rodzinny, zaskoczyła mnie pozycja „płaszcz dla syna 330 zł”. Wydaje mi się, że rodzice i tak sporo pomagają dwudziestolatkowi, opłacając mu mieszkanie (600 zł) i dając pieniądze na życie (500 zł). Chłopak mógłby wykazać się większą zaradnością i na inne potrzeby (odzież) zapracować samemu (przecież o potrzebie zimowego płaszcza można było pomyśleć już na jesieni i odkładać gotówkę na ten cel). Nie brak zakładów pracy, które dostosowują się do możliwości studentów, umożliwiając im „luźniejsze” godziny pracy czy zarobkowanie w dni wolne od nauki. Osobiście spotkałem się z pracodawcami, którzy hołubią studentów, obok należytego wynagrodzenia, obsypując ich nagrodami za wyniki w nauce, zdane egzaminy. Inwestują w ludzi, wiedząc, że będzie to z pożytkiem dla firmy; trzymają posady dla teraźniejszych studentów, wiedząc, że przyszły magister wniesie do przedsiębiorstwa wiele pozytywów.
Wydaje mi się, że „egzamin dojrzałości” obliguje młodego człowieka do wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Może czas wykazać się większą inicjatywą, niezależnością, a nie liczyć tylko na wsparcie rodziców? Moim zamierzeniem nie jest obraza niczyich poczynań, ale zachęta do większej samodzielności i samowystarczalności. „Czas ucieka coraz prędzej – nasze życie w nasze ręce”.
Dodaj komentarz