Dzisiaj przyglądamy się wydatkom rodziny Nowaków, którą tworzy młoda mama z synem i jej przyjaciel. Analizujemy grudniowy budżet rodzinny.
Ciągle na minusie
Gdyby nie pomoc rodziny, Nowakowie znaleźliby się w poważnych tarapatach. Samotna matka i jej dwuletni syn oficjalnie otrzymują jedynie 500 zł alimentów od ojca dziecka. Mieszka z nimi narzeczony dziewczyny, który też dokłada się do wspólnej kasy. Wszystkie wydatki na mieszkanie (czynsz, media, telefon, Internet, telewizja etc.) są opłacane przez rodzinę, bo nie pojawiają się w opublikowanym zestawieniu.
Młoda matka studiuje zaocznie resocjalizację, płaci czesne (420 zł miesięcznie) i przynajmniej raz w miesiącu dojeżdża w weekendy do szkoły. Edukacja (łącznie ponad 430 zł) stanowi drugą pod względem wysokości pozycję w budżecie Nowaków (ponad 22,4 proc. wydatków). Po ukończeniu studiów – o ile znajdzie opiekę albo przedszkole dla syna – będzie mogła poszukać pracy w swoim zawodzie i mniej korzystać z bieżącego wsparcia finansowego rodziny. Co prawda wśród porad internautów dla Nowaków przekazanych na moim blogu znalazła się sugestia, że studia zaoczne z weekendowymi zajęciami umożliwiają matce podjęcie pracy, a opłacenie opiekunki dla dziecka wezmą na siebie jej rodzice, ale chyba trzeba będzie jeszcze z tym poczekać. Na razie dwulatek z alergią najlepiej czuje się z mamą i z dziadkami, gdy ona wyjeżdża w weekend do szkoły.
Nowakowie najwięcej wydają na żywność (603,9 zł, czyli 31,4 proc. całości). Zakupy robią niemal codziennie, co jest zrozumiałe przy małym dziecku, za to rzadko korzystają z supermarketów i dyskontów. Wydatki na żywność (i nie tylko) byłyby wyższe, gdyby nie kilkudniowy pobyt u rodziców pod koniec miesiąca.
Koszty związane ze zdrowiem są poważną pozycją w budżecie Nowaków: wizyta u alergologa z dzieckiem (100 zł), balsamy, maści, proszki dla alergików, specjalne mleko na receptę pochłonęły 267 zł, czyli niemal 14 proc. wydatków. Podobna kwota (247,5 zł, czyli prawie 13 proc. budżetu) została przeznaczona na kulturę i rekreację, w tym na prezenty mikołajkowe i świąteczne.
Mniejsze kwoty dotyczyły odzieży i obuwia (192 zł, czyli 10 proc. wydatków) dla matki i dziecka oraz higieny osobistej (147 zł, czyli 7,6 proc.), w czym spory udział miały pampersy dla dwulatka. Nieduże koszty transportu (jedynie 30,8 zł za dojazd na uczelnię) wskazują, że rodzina korzysta z samochodu rodziców albo narzeczonego, a te wydatki nie zostały zarejestrowane na blogu.
Pomocna dłoń rodziny
Podsumowanie budżetu Nowaków wygląda dość pesymistycznie: po stronie przychodów jedynie 500 zł (przynajmniej oficjalnie), a wydatki niemal czterokrotnie większe (1926,1 zł). A trzeba podkreślić, że część kosztów (głównie związanych z mieszkaniem, ale także z transportem, telefonem, telewizją etc.) nie została ujęta w miesięcznym zestawieniu. Z nieznanych przyczyn Nowakowie nie starają się o pomoc socjalną, bo osiągane dochody – tylko 500 zł z alimentów – zapewne kwalifikowałyby ich do takiej formy wsparcia. Całkiem możliwe, że rodzice i narzeczony dziewczyny są ludźmi dość zasobnymi, bo to oni ponoszą wszystkie wydatki mieszkaniowe, transportowe i pewnie inne. W końcu Nowakowie musieli przecież skorzystać ze znacznej pomocy zewnętrznej w wysokości ponad 1400 zł.
Przynajmniej do ukończenia studiów Nowakowa pozostanie w dużej części na utrzymaniu rodziny i narzeczonego. A i później jej przychody będą niepewne, bo wolnych miejsc pracy dla absolwentów resocjalizacji nie ma za wiele. Pocieszeniem może być dla niej niezawodne oparcie w rodzinie i narzeczonym, którzy zapewniają jej przetrwanie trudnego okresu. Jeszcze raz się okazało, że – choć istnieją różne formy zasiłków, pomocy i dofinansowania dla osób o niskich dochodach ze strony państwa, organizacji społecznych i administracji socjalnej – to i tak jednym z najskuteczniejszych sposobów na osiągnięcie samowystarczalności materialnej jest solidarność pokoleń, szczególnie wzmocniona bliskim pokrewieństwem i prowadzeniem wspólnego gospodarstwa domowego.
Fortuna stawia na edukację
Dobrze, że Nowakowa studiuje zaocznie resocjalizację. Zdobycie zawodu zwiększa szansę na znalezienie pracy w przyszłości i daje nadzieję na wyjście z tarapatów finansowych. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że ukończenie studiów wyższych nie gwarantuje dziś zatrudnienia. Na rynku jest coraz więcej bezrobotnych absolwentów wyższych uczelni. Różne są tego przyczyny, jedną z nich jest rosnący wskaźnik osób z wyższym wykształceniem. Ćwierć wieku temu zaledwie kilka procent dorosłej populacji społeczeństwa miało ukończone studia wyższe, teraz ten wskaźnik dochodzi do 20 proc. i będzie stale wzrastał. Ocenia się, że za kolejne 20 lat co drugi-trzeci dorosły obywatel będzie miał ukończone studia wyższe. Wniosek z tego taki, że trzeba stale się dokształcać, zdobywać nowe kwalifikacje i specjalności, może nawet otwierać przewód doktorski. Niedawno wpadła mi w ręce oferta pracy w ważnej instytucji państwowej, z której wynikało, że najlepiej gdyby kandydatem był specjalista z tytułem doktora. Niestety z oferty nie mógł skorzystać mój znajomy, bezrobotny zresztą, doktor biologii.
Edukacja, samokształcenie, zdobywanie nowych kwalifikacji są najlepszą, z tym że raczej długookresową, receptą na wyjście z tarapatów finansowych. Inny mój znajomy zauważył rynkową niszę i postanowił zdobyć nowe kwalifikacje. Zapisał się na studia podyplomowe kształcące audytorów energetycznych. Audytor wystawia świadectwa energetyczne nowo wznoszonym budynkom. Aby zdobyć uprawnienia nie wystarczą w tym przypadku studia podyplomowe, trzeba zdać urzędowy egzamin i – co nie jest bez znaczenia – dysponować specjalistycznym sprzętem mierniczym. Mój znajomy postanowił zdobyć uprawnienia i ten cel osiągnął, uzyskał nawet dotację z pieniędzy unijnych na zakup kamery termowizyjnej, która kosztowała kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jest jednym z pierwszych na rynku w swoim mieście, co daje mu znaczna przewagę konkurencyjną nad następnymi audytorami.
Nie mamy poczucia bezpieczeństwa finansowego
Rodzina Nowaków nie może mówić o poczuciu bezpieczeństwa finansowego. Podobne odczucia ma połowa polskich gospodarstw domowych, które w corocznych ankietach sygnalizują stałe problemy finansowe i nie wierzą, że to się zmieni. Pełne poczucie bezpieczeństwa finansowego ma tylko 2 proc. polskich rodzin, wynika z badania ankietowego przeprowadzonego w ub. r. w Polsce, a także w 17 innych krajach Unii Europejskiej. W 2009 r. wskaźnik ten wynosił 3 proc., a w 2008 r. – 5 proc. Gorzej od naszego kraju wypada tylko Portugalia i Grecja.
Jak budować rodzinną strategię finansową w sytuacji, gdy mamy niewielkie dochody np. w postaci zasiłku dla bezrobotnych, renty? Gotowych recept niestety nie ma. Oparciem w trudnych chwilach może być rodzina, ale nie można liczyć, że będzie nam pomagać bez końca. Bank – jeśli pożyczy, to niewiele, a wyprzedawać rodzinnych sreber też nie należy. Pozostaje nam szukać pracy, podejmować zajęcia dorywcze lub działalność gospodarczą. Szansą na dodatkowe dochody mogą być fundusze unijne, różne instytucje ogłaszające konkursy na granty, rządowe ośrodki wspomagające różne formy aktywności obywatelskiej, np. spółdzielnie socjalne. W wielu regionach kraju można zapisać się na kurs podnoszący kwalifikacje zawodowe.
Jakiś czas temu ośrodek kształcenia zawodowego w naszym mieście organizował kurs dla spawaczy. Kształcenie było finansowane ze środków unijnych. Organizatorzy wyszli ze słusznego założenia, że w czasach szybkiego rozwoju budownictwa przemysłowego gospodarka potrzebuje fachowców – spawaczy. Wtedy oceniano, że zapotrzebowanie w Polsce na specjalistów w tym zawodzie wynosi około 4 tys. osób. Z tego co wiem, większość absolwentów kursu znalazła nową pracę.
A może spółdzielnia socjalna…
Spółdzielnie socjalne też mogą być receptą na wyjście z kłopotów finansowych. Wprawdzie tam, gdzie dwóch Polaków, słychać trzy opinie, ale mimo wszystko warto próbować. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że naszym spółdzielniom łatwo nie jest także dlatego, że mamy niską skłonność do zintegrowanych działań. Warto jednak przestudiować ustawę o spółdzielniach socjalnych i porozmawiać na ten temat z doradcami w urzędach pracy. Spółdzielnie mogą liczyć na dotację i na wsparcie merytoryczne. Spółdzielnię socjalną może założyć już pięć osób bezrobotnych, niepełnosprawnych lub dwie organizacje pozarządowe. W wielu bogatych krajach zachodnioeuropejskich spółdzielnie socjalne są ważnymi podmiotami ekonomii społecznej. Na przykład we Włoszech działa ich kilka tysięcy przynosząc tysiącom ludzi wsparcie – nie tylko finansowe.
Miałem okazję obserwować powstawanie takiej spółdzielni w małym polskim miasteczku. Początki były bardzo trudne. Niepotrzebne dyskusje, a nawet konflikty wśród członków spółdzielni. Co kilka miesięcy dochodziło do wymiany prezesa, ale po jakimś czasie mechanizm zaskoczył. Spółdzielnia świadczy usługi krawieckie. Ostatnio weszła na rynek zabawek dla dzieci i mimo chińskiej konkurencji coraz śmielej sobie poczyna. Spółdzielcy myślą o nowych produktach, utworzyli stronę internetową i planują sprzedaż zabawek przez sieć. Pojawił się zapał i entuzjazm. Mają nadzieję na lepsze jutro.
Wiem, jak ciężko się żyje bez wystarczającej ilości pieniędzy. Ale przecież nikt nam ich nie da na ładne oczy. Nie zachęcam do odwiedzania opieki społecznej, nie nakłaniam do zastawiania rodzinnych pamiątek w lombardach. Próbuję Was tylko zachęcić do innego spojrzenia na życie. Bądźcie przedsiębiorczy, wykorzystajcie mechanizmy pomocowe, jakie stwarzają różne fundusze i państwo poprzez swoją politykę promocji zatrudnienia. Ten apel powinna wziąć sobie do serca także Nowakowa i jej partner, który – przynajmniej formalnie – finansowo niewiele wnosi do wspólnego gospodarstwa domowego.
Wasz aspirant Fortuna
![]()
Akademia Leona Koźmińskiego
Alternatywy wyboru
Wiele biednych rodzin w Polsce znajduje się w sytuacji zbliżonej do Nowaków – i nawet nie próbuje niczego zmienić. Te osoby uważają, że nie mają wyboru. Nowakowa przynajmniej inwestuje w siebie, studiuje, a więc widzi jakąś alternatywę, jeśli nie dziś, to w przyszłości, gdy podejmie pracę zawodową. Psychologiczny mechanizm braku dostrzegania alternatyw trzyma nas w miejscu i nie pozwala odbić się od dna. Winą za niekorzystne położenie obarczamy wówczas osoby z zewnątrz lub zewnętrzne czynniki, jak ogólna stagnacja na rynku, brak ofert pracy, brak poparcia i znajomości, nieudanego partnera albo nawet rodzinę, której sobie nie wybieramy. W ten sposób pokazujemy, że to nie my, a inni decydują o naszym losie.
O wyborze mówimy wtedy, gdy mamy przynajmniej dwie alternatywne możliwości. Lista alternatyw, jakie zazwyczaj rozważamy w trudnej sytuacji, jest krótka i wynika z posiadanego doświadczenia. To błąd, bo lista alternatyw jest nieograniczona, jednak większość z nich pozostaje poza świadomością decydenta. Badania pokazują, że próbujemy rozwiązywać problemy tylko tak, jak już wcześniej próbowaliśmy – i nic z tego nie wychodzi. Dopiero pomysł z zewnątrz, podpowiedź może skierować nasze myśli na nowe tory i wtedy stwierdzamy ze zdumieniem: czemu na to wcześniej nie wpadłem?
Najlepszym sposobem do wydobywania z własnej głowy alternatywnych rozwiązań jest jasne określenie celu. Kiedy wiemy, dokąd zmierzamy i co chcemy osiągnąć, łatwiej jest nam stworzyć listę wielu ścieżek prowadzących do tego celu. Jeden z najbogatszych Polaków zdradził kiedyś receptę, jak doszedł do swojego majątku: „To bardzo proste – powiedział – trzeba tylko 24 godziny na dobę myśleć, co zrobić, żeby zarobić.” Gdy ma się tak jasno określony cel, codziennie można stworzyć setki pomysłów na zarobienie większych bądź mniejszych pieniędzy. I raz na jakiś czas któryś zrealizować.

12 lut
4 maj
2 maj
24 kwi
17 kwi
29 mar
14 mar
28 lut
5 sty
13 kwi
4 komentarze
Artykuł „Jak przetrwać trudne czasy?”, a właściwie to pytanie – powinno być kwintesencją mojego obecnego „być”. Właśnie: jak przetrwać? Odpowiedź na to jest złożona: to pewnie jakaś kompilacja wewnętrznej siły, samozaparcia, determinacji, aktywności, aktywności, aktywności, aktywności, aktywności…
Moje dochody to dwukrotność udokumentowanych dochodów Nowaków. Ale jeszcze do niedawna żyłam z zasiłku wychowawczego i rodzinnego (na dwoje dzieci), co dawało 496 zł miesięcznie (przed podwyżką rodzinnego). Nieźle musiałam się „nakombinować”, by coś wykrzesać z kwoty oferowanej przez państwo (polityka prorodzinna, taaa?). To nie wystarcza nawet na wynajęcie (zagrzybiałej) kawalerki. Choć słowo „nakombinować” ma raczej pejoratywny wydźwięk, ja nie stawiałam na „wałki” (bom naturę mam inną), a na ciężką, katorżniczą pracę (kosztem swego zdrowia, bo dziatwę oszczędzić chciałam).
Mi, w przeciwieństwie do Pani Nowakowej, nikt nie opłaca rachunków, ni szkoły. Tato zawsze powtarzał: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Nie wysypiam się, fakt, odpowiedzialnie spijam gorzką pianę z konsekwencji niektórych decyzji życiowych… Prosto nie jest, wciąż jakiś wredny wiatr w oczy, droga wyboista a taczka żywota jakby nazbyt ciężka – ale powiadają, że „co nas nie zabije, wzmocnić powinno”. Prawda. Czuję lekką dumę, że – mimo wszystko – daję radę, sama, niezależna od nikogo, sobie zawdzięczająca (bez mała) wszystko. Choć też znam posmak goryczy, czasem złości, zwątpienia, beznadziei; nie ustaję jednak w poszukiwaniu czegoś, co zwykli zwać „sprawiedliwością”. Słyszałam, że to tylko w słowniku pod „S”. Ale ja zawsze muszę na własnej skórze…
Czego innym „zazdroszczę”? Możliwości studiowania. To mój największy wyrzut sumienia niespełnionej ambicji. Jak p. Nowakowa – w planach miałam resocjalizację. Jednak życie miało dla mnie inne plany, moje zaś w odstawkę dając. Jako dziewiętnastolatka sama zadbać musiałam o „swój kawałek podłogi”, opłaty, wyżywienie, opłaty uczelniane, wszystko… Jestem z mieściny położonej trzydzieści kilometrów od uczelni, zatem i dojazdy wchodziły w rachubę. Choć miałam pełno werwy, zapału, planów, marzeń, ambicji (dwa kierunki, być może doktorat – marzyłam…), życie sprowadziło mnie na ziemię. Miast latania, pełzać nakazało. Niedoświadczona maturzystka, choć z piątkowym świadectwem, za to bez protekcji – perspektyw na pracę nie miała świetlanych. Pukałam do wieeeeelu drzwi. Mało było miejsc, których nie oznaczyłam swoim CV. W końcu łapać poczęłam się czego popadnie: sprzątanie, opieka nad dzieckiem, lokalna gazeta etc. Wpadłam w błędne koło: nie mam doświadczenia, studiów – nie mam szans na satysfakcjonującą pracę – nie mam (dobrze)płatnej pracy – nie zarobię na studia… Finito. Wykształcenie wyższe odłożyłam na półeczkę: „na pomyślniejsze czasy”, ale jakoś zastałam się „w szarej rzeczywistości” (nie żeby było mi tutaj tak dobrze) i… Klops! Mocno zatem trzymam kciuki za panią N., by skończyła studia, nie poddała się, korzystała ze wsparcia (zwłaszcza przy dziecku jest to ważne) i wyszła w przyszłości na prostą… Może wyższe wykształcenie nie gwarantuje w dzisiejszych czasach zatrudnienia, ale pewnie poprawia poczucie własnej wartości (ja czuję niespełnienie). Nie należy też spoczywać na laurach – teraźniejszy rynek pracy wymaga od nas mobilności, elastyczności, przekwalifikowań, aktywności. Wiem, że inwestycja w siebie jest najbardziej popłacalną i najwartościowszą formą, dlategoż ja sama staram się korzystać z samokształcenia, szkoleń, kursów, aczkolwiek przyznam szczerze – prócz satysfakcji (mojej) i zalegania w biurku (papiery), na niewiele mi się to zdaje (póki co). Wiadomości z kursów komputerowych, kadrowo-płacowych dawno się zdewaluowały, gdym „wypadła z obiegu” po urodzeniu dzieci. Kurs on line, ze środków unijnych „Kobiety posługujące się technologiami informatycznymi przyszłością rynku pracy” – dał niepotrzebnie złudną nadzieję na elastyczną formę zatrudnienia (to u nas jeszcze ciągle w powijakach). Kiedy przeczytałam zdanie eksperta: „Psychologiczny mechanizm braku dostrzegania alternatyw trzyma nas w miejscu i nie pozwala odbić się od dna. Winą za niekorzystne położenie obarczamy wówczas osoby z zewnątrz lub zewnętrzne czynniki, jak ogólna stagnacja na rynku, brak ofert pracy, brak poparcia i znajomości, nieudanego partnera albo nawet rodzinę, której sobie nie wybieramy. W ten sposób pokazujemy, że to nie my, a inni decydują o naszym losie” – poczułam wewnętrzny sprzeciw… Ja ciągle staram się odbić od dna, choć nieznana mi siła (grawitacja???) trzyma mnie tu kurczowo. Jestem w tych staraniach jak dziecko uczące się chodzić: wciąż potykam się, upadam, ale nie ustaję, wciąż tli się we mnie nadzieja, że będę żyć inaczej. Brak mi jednak jakiegoś bodźca, pomysłu ekspresyjnego bardziej, niż moja „metoda małych kroczków”, natrafienia na „niszę”, która byłaby inspiracją (do wypełnienia jej pracowitością) i nie zapadnią, a trampoliną…
Temat pomocy socjalnej – grząska sprawa. Bywa, że „nasze być” okazuje się zbyt skąpe, by żyć, a jednocześnie na tyle sycące, że nie da umrzeć. Raz starałam się uzyskać dofinansowanie na malutkie dzieci. Okazało się to tak upokarzającym doświadczeniem (m. in. wywiad wśród rodziny, czy nie mogą oni pomóc – podczas gdy moja duma i ambicja była nacechowana biegunem odpychającym od sarkastycznych docinków taty: „a nie mówiłem, przed laty…”, te kryteria…), że brrrrrrr! Nieludzka instytucja, przynajmniej w mej miejscowości. Może inaczej: instytucja – z założenia – humanitarna, może brak po prostu empatycznego czynnika ludzkiego? Nie mnie, zresztą, to oceniać…
Wracając do rodziny N. – uważam, że słuszną decyzją jest samodzielna opieka nad dzieckiem. Maluch potrzebuje ciepła, bliskości, miłości, zwłaszcza w pierwszych latach. Żadne dobra materialne mu tego nie zastąpią (takie jest moje zdanie). To taka inwestycja w jego potencjał emocjonalny – rzekłabym: bezcenna!
Znam także „ból” wydawania majątku na medykamenty, specjalistów, szeroko pojęte zdrowie pociech. U nas to samo: jak nie alergolog, to ortopeda, jak nie laryngolog to okulista… i tak bez końca. Lepiej jednak stawiać na profilaktykę, leczyć od zarodka, niźli później borykać się z konsekwencjami zaniedbań. Tutaj życzę dużo, duuużo zdrowia juniorowi N.
Co do wydatków na środki higieniczne, już to chyba gdzieś pisałam. Ja staram się wygrywać je w licznych konkursach – i tak czynię sobie kilkumiesiączne zapasy; przynajmniej tu zaoszczędzę. Powiem też, że w lutym zainwestowałam w internet (do tej pory brak mi było tej zdobyczy cywilizacyjnej, która dla innych chlebem jest powszednim) – i już zwrócił mi się ten wydatek (poprzez kwotę nagród wygranych w sieci). Pamiętajmy też, że składając deklarację rozliczeniową do US możemy sobie odliczyć ulgę za internet (słyszałam pogłoskę, jakoby w przyszłym roku miano zabrać nam tę ulgę, ale poszperałam trochę w temacie i nie udało mi się tego potwierdzić, a wręcz znalazłam informację łagodzącą dotychczasowe wymogi co do faktur).
Postscriptum. Tak odnośnie poruszonego przez Pana Aspiranta tematu doktoratów – oto co ostatnio wyczytałam w sieci i tak od razu mi się skojarzyło („Do niedawna powód do dumy, dziś doktorat staje się raczej przyczynkiem do podejrzeń o oszustwo, plagiat lub macdonaldyzację świata nauki.” Dziennik.pl Świat) Myślę, że niesprawiedliwe są takie oceny. Dla wielu to naprawdę ciężka praca! I powinna być doceniana. AmenT
Nasunęła mi się (na myśl i palce) jeszcze jedna dygresja… Skoro dziadkowie juniora Nowaka (z jednej, bądź drugiej strony) nie należą do ludzi najbiedniejszych i wspomóc mogą matkę z dzieckiem – pomyślałam, że czynić to powinni „z głową”. W ogóle uważam, że pomagać bliźniemu winno się rozsądnie (a że należy pomagać, to już fakt niepodważalny). Kiedyś usłyszałam takie „fajne” zdanie: „filozofia mądrej pomocy”. Niezwykle mi się spodobało. I zmusiło mnie do wyklucia ostatecznej konkluzji, iż – czasem – z naszej chęci bycia dobrym, szlachetnym, empatycznym, wyniknąć może zupełnie coś innego, niż zakładaliśmy. Bo prawdą jest, że należy dawać wędkę, a nie rzucać na talerz gotową rybę. Może to być motorem do działania, inicjatywy, chęci przejęcia spraw w swoje ręce (co – niewątpliwie – czynić należy). Czasem nasza „niedojrzała miłość” (a może, po prostu, niewiedza, brak świadomości) sprawia, że „upupiamy drugą osobę” – w takim sensie, iż odbieramy jej pole do manewru albo – zwyczajnie – ściągamy z niej odpowiedzialność, uczymy wygodnictwa. Sama znam, co najmniej, kilka takich (na pozór) „nieuleczalnych przypadków”. To nie jest dobre, ni właściwe dla żadnej z tych stron. To, troszkę, rozwinąć może nazbyt „pasożytnicze” cechy. Nie zawsze, ma się rozumieć, nie w każdym przypadku, ale istnieje takie ryzyko. Stąd: pamiętajmy o „filozofii mądrej pomocy”…
Wracając do dziadków juniora N. Myślę, że – jak większość dziadków – lubią rozpieszczać swego wnuka, pupilka. Często bliscy (rodzice/dziadkowie/wujostwo/chrzestni) wydają niemałe kwoty na – przyznajmy szczerze – zupełne „pierdoły” czy – niekoniecznie zdrowe i niezbędne – słodycze. Przejadamy te sumy, albo rozmieniamy na zabawki, które zostaną popsute lub rzucone w kąt (wiem co piszę). A można by, przecież, z równą miłością i troską „zainwestować” w dziecko. Tyle jest okazji: urodziny, imieniny, Dzień Dziecka, chrzest, komunia etc. – gdyby rodzina „zrzuciła się” (uzgadniając wcześniej strategię, miast „bezmyślnego” kupowania kolejnej zabawki) i założyła malcowi jakąś lokatę (na przykład) czy ubezpieczenie. Można też „zainwestować” w zdrowie. Wspomniany dzieciaczek jest alergikiem, wymaga większej i troskliwszej opieki zdrowotnej – płatne (i to niemało) szczepienia (z kalendarza szczepień zalecanych, czyli ponadplanowych, nieobowiązkowych) to także dobry pomysł. Mogą uchronić dziecko przed różnymi chorobami (rotawirusy, meningokoki, pneumokoki etc.), zatem i powikłaniami, a co za tym idzie – zwiększonymi kosztami na opiekę medyczną.
Jaki z tego wniosek? Inwestujmy w ludzi (zdrowie, edukację, emocjonalną stabilność), a nie w dobra nabyte. Wspierajmy innych, bądźmy dla nich opoką, ale nie wyręczajmy ich we wszystkim, bo to także nie będzie z pożytkiem…
Kiedy sobie pomyślę, Miły Fortuno, że jeszcze tylko trzy tygodnie będziesz nam doradzał, to – normalnie – ogarnia mnie smutek ;/ Lubię sobie poczytać, lubię wtrącić swoje trzy grosze i wiem, że poczuję dziwną nostalgię, gdy „zamilkniesz”… ;/ Nie mam nałogów „fizycznych”, „namacalnych”, ale od Twojej stronki to chyba troszkę się uzależniłam…
Pozdrawiam.
A.
Rodzina Nowaków, wedle mnie, jest przykładem na to, jak często ludzie (całe rodziny) pozostawieni są samym sobie. Ośrodki Pomocy Społecznej, jednostki powołane do tego, by udzielać wsparcia w kryzysowych sytuacjach, często nie funkcjonują właściwie i otrzymanie od nich jakiejś subwencji (gdy naprawdę zajdzie taka konieczność) obwarowane jest wieloma zastrzeżeniami (wykluczającymi często ludzi naprawdę potrzebujących wsparcia). Osobiście znam przypadki, gdzie pomoc tę otrzymywały osoby, którym wcale się nie należała, a prawdziwie poszkodowani odchodzili z kwitkiem. Znam byłych więźniów, którym pomoc społeczna załatwiła mieszkanie, dofinansowanie doń – i nikogo nie obchodziło, że są alkoholikami czy tyranami dla swoich rodzin; nikt nie nakazał im nawet przymusowego leczenia. A matka z dzieckiem, która ma 500 zł na utrzymanie – czy jej nie należy się jakieś oparcie? Czy liczyć musi tylko na siebie i najbliższych? Przecież takie osoby nie zawsze mają rodzinę, która może być dla nich opoką…
Osobiście spotkałem się z tym, że kiedy taka matka poszła do opieki, usłyszała (pytana o źródło dochodów): „to niemożliwe, by Pańska rodzina wyżyła za 500 zł, to nierealne…”
„(…) To niemożliwe, ale prawdziwe; środek Europy, w rękach głupoty…”
Przewód doktorski, ciekawa sprawa Panie Aspirancie. W projekcie zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym pojawia się pewna szansa dla młodych ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w życiu naukowym swojej alma mater, a swoją przyszłość wiążą z wspomnianym przez Pana przewodem doktorskim, powiem na razie tyle, żeby zainteresować czytelników, że okres od zdobycia licencjatu i dotarcia do tytułu doktora ulegnie prawdopodobnie skróceniu (więcej informacji na portalu MNiSW lub prasie codziennej np. GP).
Dodaj komentarz