Ostatnio skrzynkę mojej poczty elektronicznej zapełniają maile pisane łamaną polszczyzną i zachęcające do zakupów sprzętu w zagranicznej hurtowni. Nadawca pisze: „droga polska przyjaciel. Nasza produkty w hurtownia ma dobre cena”. Dołączony jest link, a pod nim angielskojęzyczna strona sklepu z produktami elektronicznymi. Ceny wyjątkowe, jakieś 2/3 niższe niż w polskich sklepach. Łatwo się więc skusić na ofertę, bo strona wygląda profesjonalnie i wiarygodnie. Obejrzałem ofertę pod kątem moich operacyjnych zainteresowań i doszedłem do wniosku, że w tym biznesie chodzi o wyłudzenie danych karty płatniczej, kradzież tożsamości i oszukanie klienta. Przestrzegam więc przed stronami z okazyjnymi zakupami, które ostatnio są plagą Internetu.

Pusta karta

Z płatnościami w Internecie trzeba uważać. Dobrze jest najpierw o nich poczytać, zaznajomić się z różnymi możliwościami i dopiero później dokonać pierwszej, drobnej transakcji. Zawsze mówię znajomym: nie rozumiesz, nie używaj. Przestrzegam przed płaceniem w Internecie tradycyjną kartą. Nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie transakcji i nie wiadomo, co się dzieje z naszymi danymi w trakcie realizacji płatności. Ja od dłuższego czasu używam specjalnej karty do transakcji internetowych i nie obawiam się podawania jej numeru, daty ważności i trzycyfrowego kodu bezpieczeństwa. Karta jest pusta, tzn. nie ma na niej środków albo jest ich mało, np. kilkadziesiąt groszy. Jeśli zdecyduję się na płatność kartą, wtedy tuż przed transakcją ładuję na nią odpowiednią kwotę i dopiero płacę. Prawdopodobieństwo, że w tym momencie ktoś przechwyci pieniądze jest bardzo niskie. Kradzież numeru karty złodziejowi nic nie da, a ewentualne transakcje będą nieskuteczne, ponieważ na karcie nie będzie pieniędzy.

Teraz bombardują mnie mailami z gogo20. Kolejny cudowny sposób zarabiania pieniędzy oparty na bliżej nieznanej „progresji pionowej”. Strona w języku polskim zawiera m.in. filmy z YouTube, w których lektor z amerykańskim akcentem zachęca: bądź pierwszy. „Ci, którzy kupili akcje Microsoftu w latach 1980. są dzisiaj milionerami. Dzisiaj jesteś dokładnie w tej samej pozycji”. Wejście do gogo20 polega na wpłaceniu 20 dolarów. Z innego filmu wynika, że wpłacając pieniądze zostajemy partnerem systemu, kupujemy bliżej nieznane programy komputerowe i otrzymujemy udziały od wpłat następnych partnerów. Wkładając 20 dolarów możemy miesięcznie zarobić nawet kilka tysięcy zielonych. Cuda na kiju. Ludzie się chyba nabierają na tę piramidę, bo na stronie pojawiają się ostatnio wpłaty. Kiedy rozpracowywałem gogo20 w ciągu trzech godzin wpłaty dokonało aż siedem osób. O piramidach finansowych pisałem w jednym z poprzednich odcinków. Teraz więc tylko powtórzę: przestrzegam przed finansowym perpetuum mobile.

Dostawałem też maile od kogoś podszywającego się pod mój bank. „Bank” informował mnie, że w związku z aktualizacją danych spowodowanych wymianą oprogramowania konieczne jest zalogowanie się na stronie internetowej i podanie swoich aktualnych danych. Z ciekawości wszedłem na tę stronę i dobrze ją obejrzałem. Była łudząco podobna do oryginalnej. Te same kolory, identyczne okienko do logowania, tylko adres strony różnił się jedną literką. Zorientowałem się dość szybko, że mam do czynienia z phishingiem, czyli zastawianiem sieci na niezorientowanych klientów. Logowanie się na fikcyjnej stronie miało służyć oszustom do przechwycenia loginu wraz z hasłem i ogołocenia konta z pieniędzy. Na takie maile najlepiej nie reagować. Warto pamiętać, że prawdziwe banki nigdy nie wysyłają maili z prośbą o zalogowanie się na stronie. Jeśli dostajemy podejrzaną korespondencję z banku, dobrze jest poinformować o tym nasz bank i policję. Wiem od kolegów z branży, którzy prowadzili dochodzenia w tej sprawie, że w sieć wpadło sporo osób, wśród nich nawet grube ryby.

Nigeryjski szwindel

Pisała też do mnie nigeryjska modelka. Wiem, że inni otrzymywali podobne e-maile od brata niedoszłego terrorysty, syna obalonego przywódcy afrykańskiego, dziedzica fortuny utraconej w trakcie przewrotu politycznego itp. Wszystkie maile pisane były w podobnym tonie i prowadziły z adresatem grę psychologiczną mającą wzbudzić współczucie i skłonić do przelania pieniędzy na konto oszusta. Nigeryjski przekręt stał się głośny na cały świat. Próby wyłudzenia miały zasięg globalny i okazało się, że w licznych przypadkach były skuteczne. Jeden z amerykańskich urzędników stracił w ten sposób ponad 1,2 miliona dolarów. Według danych naszej komendy głównej policji, w Polsce na nigeryjski szwindel nabiera się od kilkudziesięciu do kilkuset osób rocznie.

Wspomniana modelka pisała do mnie, że jej ojciec jest wpływowym biznesmenem i prosi mnie o pomoc w zainwestowaniu jego pieniędzy w naszym kraju. W zamian miałbym otrzymać jakąś wysoką kwotę. Oczywiście mail wylądował w koszu, bo ciąg dalszy jest mi dobrze znany. Osoby, które złapały się na haczyk, były proszone o wpłatę pewnej kwoty pieniędzy, bo modelka musi skorumpować urzędników, aby jej ojciec mógł wrócić do kraju, albo musi założyć działalność gospodarczą. Obiecana fortuna przewraca ludziom głowach i jak barany wpłacają żądane kwoty na konta oszustów.

Nigeryjscy oszuści trafili także na nasze aukcje internetowe. Nasz specjalista od przestępczości komputerowej opowiadał mi o pewnym sprzedawcy laptopa, który po wystawieniu go na aukcji otrzymał ofertę zakupu komputera poza serwisem aukcyjnym. Kupującemu się spieszyło, bo laptop miał być prezentem urodzinowym dla przyjaciela z Nigerii, więc zaproponował transakcję poza aukcją. Sprzedający na to przystał pod warunkiem, że otrzyma pieniądze na konto bankowe. Kupujący wysyłał mailem sfałszowany skan przelewu i wymusił wysłanie przesyłki jeszcze przed nadejściem pieniędzy. Przynajmniej kilka osób się na to nabrało i serwis aukcyjny zablokował możliwość zakładania kont z komputerów w Nigerii.

Doradcą może być każdy

Internet jest wspaniałym wynalazkiem, ale gdy idzie o zdobywanie wiedzy np. na temat instrumentów finansowych, to w sieci trzeba uważać. Fora dyskusyjne, blogi i komentarze do nich mogą być dobrym źródłem informacji, ale nie są wyrocznią, na podstawie której podejmujemy ważne decyzje finansowe. Nie jest przecież tajemnicą, że treści internetowe pisane są na zamówienie tej czy innej firmy. Bywa, że działy public relations instytucji finansowych zatrudniają specjalistów tylko po to, aby pisali pozytywne wypowiedzi na temat wybranych usług i produktów. Komentarz wygląda na obiektywny, a w rzeczywistości jest opłacony przez zainteresowaną firmę. Estońska eurodeputowana poprzedniej kadencji, Marianne Mikko, proponowała nawet wprowadzenie przepisu nakazującego rejestrację blogów. Sugerowała bowiem, że za wieloma „obiektywnymi” blogami stoją wynajęci specjaliści, którzy w subtelny sposób kreują pozytywny wizerunek firm i w gruncie rzeczy są ich anonimowymi lobbystami. Jej zdaniem kilkanaście procent blogów na świecie jest inspirowanych przez biznes. Miała sporo racji, ale na szczęście obowiązek rejestracji nie przeszedł. Internet powinien być wolny od nakazów, a internauci powinni nauczyć się odróżniać obiektywne treści od propagandy.

Niedawno Komisja Nadzoru Finansowego zwróciła uwagę na tzw. niezależnych pośredników kredytowych. Zdaniem KNF powinniśmy pamiętać, że ich niezależność jest iluzoryczna, bowiem otrzymują oni prowizję od banku, z którym podpiszemy umowę kredytową. Jakiś czas temu, gdy poszukiwałem kredytu hipotecznego, wypełniłem na stronie internetowej formularz ułatwiający kontakt z doradcą kredytowym. Później nie mogłem się od niego opędzić. Wydzwaniał i wciskał mi „najlepszy na rynku kredyt hipoteczny”. O tym, że nie był najlepszy przekonałem się osobiście, gdy zapukałem do kilku banków nie będących w ofercie doradcy. Na samej prowizji bankowej od udzielenia kredytu zaoszczędziłem wtedy około tysiąca złotych. Warto też pamiętać, że pośrednicy kredytowi nazywający się często doradcami finansowymi nie muszą spełniać wymagań co do wykształcenia kierunkowego, nie muszą mieć też wiedzy z zakresu finansów i nie ponoszą odpowiedzialności wobec klienta za udzielenie nierzetelnej porady. Doradcą kredytowym może być każdy, ale policjantem – na szczęście – nie…

Wasz aspirant Fortuna

W internecie coraz częściej dochodzi do kradzieży tożsamości. Oszuści potrzebują obcych danych osobowych do utworzenia fałszywego sklepu internetowego lub wyprania pieniędzy pochodzących z kradzieży. Często do kradzieży tożsamości dochodzi podczas fałszywej rekrutacji pracowniczej. „Pracodawca” prosi o składanie CV z podaniem takich danych jak skan dowodu osobistego, miejsce zamieszkania, numer konta bankowego. Wybrańcy otrzymują ofertę pracy zdalnej. Ich zadaniem jest odbieranie pieniędzy na swoje konto, a następnie – po potrąceniu prowizji – przesłanie ich do wskazanych osób. W ten sposób stają się tzw. słupami (ang. money mule – mułami pieniężnymi) dostarczającymi przestępcy pieniądze pochodzące np. z okradania kart kredytowych.

Termin phishing jest niekiedy tłumaczony jako password harvesting fishing (łowienie haseł). Niektórzy eksperci utrzymują, że termin pochodzi od nazwiska Briana Phisha, który miał być pierwszą osobą stosującą techniki psychologiczne do wykradania numerów kart kredytowych, jeszcze w latach 1980. Inni uważają, że Brian Phish był jedynie fikcyjną postacią, za pomocą której spamerzy wzajemnie się rozpoznawali.

Płacąc kartą kredytową trzeba upewnić się, czy strona jest oparta o protokół https (adres z literką s na końcu lub symbolem kłódki znajdującym się na dole okienka przeglądarki). Jeśli w adresie nie ma literki „s”, to właściciel fałszywej strony internetowej czy sklepu przejmie pieniądze, a towaru nie wyśle. Sklep używający protokołu https nie jest jeszcze gwarantem uczciwości. Może bowiem być tak, że sklep używa bezpiecznego protokołu, ale został założony na skradzioną tożsamość. Dlatego lepiej unikać sklepów, których nie znamy. Dobrze jest sprawdzić sklep na forach internetowych i zadzwonić na stacjonarny numer telefonu.

Wyobraźnia naciągaczy internetowych nie zna granic. Ostatnio masowo nabierają ludzi na test inteligencji. W sieci pojawiły się reklamy kierujące na strony z testami. Po udzieleniu odpowiedzi np. na 30 pytań dowiadujemy się, że poziom naszego IQ poznamy dopiero po wysłaniu SMS-a. Rzecz jednak w tym, że nie znamy kosztu SMS-a, bo nie ma tej informacji na stronie. Zwykle sądzimy, że SMS kosztuje grosze, ale nie w tym przypadku. Dopiero po otrzymaniu rachunku telefonicznego dowiadujemy się, że test kosztował nas np. 35 zł. Osoby trudniące się tym procederem tworzą tzw. programy partnerskie i wciągają w biznes kolejne osoby. Wysyłają one fałszywe oferty pracy, a warunkiem uczestnictwa w naborze pracowników jest wypełnienie testu inteligencji. Oczywiście nikt żadnej pracy nie otrzymuje, a cwaniacy dzielą się zyskami z drogich SMS-ów.