Dziesięć rodzin, dziesięć różnych budżetów. Dziś ostatni z wpisów tego cyklu. Pod lupę biorę grudniowy budżet 3-osobowej rodziny Kwiatkowskich. Czytajcie wszystkie wpisy i komentujcie nieprzerwanie. Teraz biorę się za ładowanie własnych akumulatorów, aby znów wrócić na te łamy za czas jakiś.
Budżet skromny, ale zrównoważony
Rodzina Kwiatkowskich idealnie zbilansowała swoje wpływy i wydatki: po odjęciu wszystkich kosztów z grudniowych przychodów zostało im 7,62 zł. A Kwiatkowscy nie należą wcale do zasobnych, bo żyją z niewysokiej pensji męża (1300 zł), ze świadczenia socjalnego (520 zł) i renty socjalnej (525 zł), otrzymywanej przez 20-letnią niepełnosprawną córkę, studiującą zaocznie socjologię. Kwiatkowska od urodzenia córki nie pracowała, bo musi się nią opiekować i zajmować domem.
Jak wiele rodzin o niedużych dochodach, również Kwiatkowscy dużo płacą za żywność. W ich przypadku to więcej niż połowa budżetu (prawie 52 proc.), czyli 1207,7 zł, co daje ponad 400 zł na osobę. Internauci w komentarzach na moim blogu wskazują, że to duża kwota na artykuły spożywcze dla trzyosobowej rodziny, a nawet ganią Kwiatkowskich za pewną rozrzutność, podając jako przykład zakup ćwiartki świni za 120 zł.
Trzeba przyznać, że spośród omawianych rodzin Kwiatkowscy znajdują się w ścisłej czołówce, jeśli idzie o wydatki żywnościowe na osobę (więcej na ten cel, bo ponad 500 zł na osobę, przeznaczali jedynie Gadomscy, ale ich przychody były znacznie wyższe). Miejmy nadzieję, że Kwiatkowscy nie marnują żywności i zużywają ją w całości. Zakupy robią prawie codziennie, a zaopatrują się w małych sklepach, bo w ich miejscowości nie ma supermarketu. Zajmuje się tym Kwiatkowska, która nie musi już każdej wolnej chwili poświęcać niepełnosprawnej córce.
A zakupu ćwiartki świni nie krytykowałbym – wystarczy prosta kalkulacja: to przynajmniej 15 kg mięsa (po odjęciu skóry i kości) po 8 zł/kg. Takie ceny nie występują w supermarketach, w drobnym handlu i na bazarach, przynajmniej w moim mieście. Przechowywanie mięsa i wyrobów wędliniarskich w zimie nie wymaga nawet zamrażarki, więc raczej się to opłaca – a mięso przyda na później.
Oszczędzili na czynszu
Drugą największą pozycją w finansach Kwiatkowskich są zwykle koszty mieszkania. Jednak w grudniu wyjątkowo nie musieli płacić czynszu (512 zł), bo mieli nadpłatę z rozliczenia centralnego ogrzewania za poprzedni rok. Dlatego na mieszkanie wydali poniżej 250 zł (z czego połowę stanowiła rata za meble), czyli ponad 10 proc. budżetu. Normalnie kwota na mieszkanie przekraczałaby 750 zł, więc trzeba byłoby oszczędzać (zapewne i na żywności), żeby sprostać wszystkim obciążeniom.
W grudniu Kwiatkowscy wydali za to więcej na transport i łączność (261,25 zł, czyli ponad 11 proc. budżetu). Z tej kwoty większość to tankowanie paliwa (tylko jedno w miesiącu – za 150 zł), a reszta to opłaty za telefony i za Internet. W weekendy Kwiatkowski dowozi córkę na uczelnię, więc bez tankowania się nie obędzie, a gdy zajęcia odbywają się częściej, to i koszty paliwa rosną. Wszyscy domownicy muszą mieć komórki i – jak można wnioskować z wysokości rachunku (61,25 zł) – korzystają z nich rozsądnie.
Świąteczne prezenty kosztowały 220 zł, czyli poniżej 10 proc. całości wydatków i też mieściły się w granicach zalecanych przez internautów. Kwiatkowscy przeznaczyli 200 zł (8,5 proc. wydatków) na cele zdrowotne, czyli na dentystę i na rehabilitację. Ten koszt – przynajmniej w części – także należy potraktować jako stały ze względu na niepełnosprawność córki. Pozostałe, mniejsze pozycje w budżecie Kwiatkowskich stanowiły odzież i obuwie (prawie 120 zł) oraz środki czystości i higieny osobistej (82 zł).
Może być lepiej
Z pieniędzy, którymi dysponują obecnie Kwiatkowscy, trudno cokolwiek odłożyć. Osiągnięciem jest już sfinansowanie wszystkich bieżących potrzeb i normalne, skromne życie. W przyszłości Kwiatkowscy liczą na częściowe usamodzielnienie się córki (rehabilitacja i lata starań rodziców robią swoje…) i na to, że po studiach będzie mogła pracować. Kwiatkowska mogłaby wtedy myśleć o znalezieniu zajęcia dla siebie, przynajmniej na część etatu. Przy takim rozwoju sytuacji (i choćby niedużych dochodach obu pań Kwiatkowskich) rodzina chwyciłaby finansowy wiatr w żagle, nawet jeśli zostałoby ograniczone (albo zlikwidowane) świadczenie pielęgnacyjne dla córki.
Fortuna radzi ucieczkę
Wczoraj podczas spotkania towarzyskiego spytałem znajomych, ile tej zimy kosztowało ich ogrzewanie mieszkań lub domu. Wszyscy biadolili z sensem i bez sensu, że drogo, że ceny ukradkiem podnieśli, że gazownia stosuje sztuczki z rozliczeniem rozbijając cenę na przesył i sam gaz, i – nawet – że wpuszcza do sieci tajemnicze związki, które powodują zwiększenie obrotów licznika. Ale jedna odpowiedź podobała mi się najbardziej, etatowego pracownika pewnej instytucji, geologa z zawodu: a mnie ceny nie interesują – powiedział. One będą rosły, więc trzeba zwiększać własne dochody, żeby przed podwyżkami – nie tylko energii – uciec jak najdalej. Geolog pracuje na etacie, ale po godzinach prowadzi działalność gospodarczą i sporządza dla przedsiębiorców dokumentację techniczną umożliwiającą uzyskanie w urzędzie zgody na eksploatację wyrobisk. Ponieważ drogi się jeszcze w Polsce buduje tu i tam, więc zapotrzebowanie na jego usługi jest. Dodam, że jego praca po godzinach w żaden sposób nie koliduje z pracą etatową. Nasz geolog woli więc poszukać pieniędzy na rynku niż taniej kupić prosiaka od chłopa…
Takie podejście do życia właśnie mi się podoba i próbuję je upowszechniać na tych łamach. Namawiam do działania, do przedsiębiorczości, bo to najlepsza droga do niezależności finansowej i względnego dostatku, także w przypadku takich rodzin jak Kwiatkowscy. W ostatnich tygodniach otrzymałem sporo maili od Czytelników, którzy narzekali na stan swoich domowych finansów i szukali u mnie szybkiej recepty na poprawę swoich dochodów. Jedna z Czytelniczek zadała mi pytanie, skąd ma wziąć 2 tysiące złotych na wyjazd do sanatorium ze swoimi chorymi dziećmi. Maluchy mają kurację bezpłatną, ale ona musi za pobyt zapłacić.
Jest dużo możliwości
W takich sytuacjach raczej milczę, bo przecież nie będę namawiał do wyciągania ręki do opieki społecznej. Oczywiście w najtrudniejszym położeniu, gdy chodzi o sfinansowanie np. drogiej operacji, bez pomocy z zewnątrz trudno się obejść. Państwo zresztą to rozumie i dlatego stworzyło przepisy umożliwiające przekazywanie 1 proc. naszych podatków na organizacje pożytku publicznego, które gromadzą fundusze także dla osób oczekujących na drogą kurację. Wydaje mi się, że zrozumienie tych potrzeb w społeczeństwie jest coraz większe i podatnicy częściej deklarują odpisywanie części podatku na cele charytatywne. W naprawdę trudnych sytuacjach życiowych możemy więc szukać wsparcia w tego typu instytucjach lub oprzeć się na pomocy rodziny.
Wszystkich raczej zachęcam – także rodzinę Kwiatkowskich – do brania losu we własne ręce. Każdy z nas coś umie, coś potrafi i nawet w dobie szalonej konkurencji jest dla nas miejsce na rynku. Trzeba uwierzyć w siebie, w różny sposób zarabiać pieniądze, oszczędzać i odkładać na czarną godzinę lub na starość, bo nasze państwo będące na dorobku dostatku nam nie zapewni. W ostatnich latach pojawiło się naprawdę dużo możliwości ułatwiających choćby rozpoczęcie działalności gospodarczej. Zaryzykowałbym twierdzenie, że na wsiach i w mniejszych ośrodkach miejskich tych możliwości jest więcej niż w dużych miastach.
Szukajcie dotacji, a nie jałmużny
Na przykład, od kilku lat działa tzw. Program Rozwoju Obszarów Wiejskich, który dysponuje sporymi środkami na rozwój przedsiębiorczości. Pieniędzmi zarządzają oddziały Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i tam należy szukać informacji o zasadach naborów konkursowych. Zwykle trzeba mieć konkurencyjny pomysł na działalność gospodarczą, napisać wiarygodny biznes plan i można liczyć na finansowe wsparcie obejmujące np. zakup narzędzi niezbędnych do rozkręcenia działalności gospodarczej.
Innym ciekawym programem finansowanym ze środków Unii Europejskiej są dotacje w wysokości 40 tys. zł na założenie działalności gospodarczej. Program działa od trzech lat, w tym roku są jeszcze środki na kolejną edycję i radzę się spieszyć, bo w przyszłości dotacji może już nie być. Unia Europejska będzie od nich odchodzić najprawdopodobniej na rzecz pożyczek. Podobnie i w tym przypadku (program w całym kraju nosi numer 6.2 POKL) preferencje mają osoby zamieszkałe na wsi i w mniejszych ośrodkach, kobiety, które wracają z urlopów macierzyńskich oraz te, które chcą się wyrwać z długotrwałego bezrobocia. Z moich obserwacji, które trwają trzy lata, a więc tyle, ile trwa program, wynika że ponad połowa znanych mi osób, które dostały dotację ciągle prowadzi działalność gospodarczą, a zatem można powiedzieć, że odniosły sukces. Dostały wędkę i potrafiły nią same złowić ryby.
Mój znajomy tak właśnie otrzymał dotację, zakupił sprzęt i prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. Przez rok korzystał także z tzw. wsparcia pomostowego wynoszącego miesięcznie 800 zł w gotówce. Wprawdzie w ciągu tych trzech lat nie rozwinął za bardzo skrzydeł, np. nie zatrudnił nikogo na etacie, bo jak uzasadnia – z założenia – nie chce być pracodawcą. Zatrudnianie na etacie jest kłopotliwe, woli więc dawać zajęcie na podstawie umowy o dzieło lub umowy zlecenia. W ub. r. dostał kolejną dotację – tzw. bon na innowację, którym sfinansował napisanie ciekawej aplikacji komputerowej. Bon na innowację to mało znana forma dotacji, która będzie utrzymana także w 2011 r. Osoba prowadząca działalność gospodarczą może poprzez wybraną jednostkę naukową sfinansować (dotacja wynosi 15 tys. zł) jakiś innowacyjny pomysł technologiczny, marketingowy, techniczny.
Każdy na czymś się zna
Wiem, że nakłonienie kogoś długotrwale pozostającego bez pracy do podjęcia działalności gospodarczej jest trudne. Wiem, jak ciężko przestawić swoje myślenie i skłonić kogoś do wypłynięcie na szerokie wody konkurencji. Ale wiem także z doświadczenia, jakie spustoszenie czyni bierność, życiowy marazm i brak perspektyw. Dlatego zachęcam do zmiany sposobu myślenia. Bez oglądania się na pośredniaki lub na pomoc społeczną. Jeśli tylko mamy siły, bierzmy sprawy w swoje ręce. Bierzcie przykład z ludzi, którym się udało. Weźcie udział w szkoleniu, których ostatnio jest sporo, poszukajcie dotacji finansowej lub innej formy wsparcia przedsiębiorczości, np. spółdzielni socjalnej. Uwierzcie we własne siły i możliwości. Każdy z nas przecież na czymś się zna…
Wasz aspirant Fortuna
![]()
Profesor Adam Noga
Akademia Leona Koźmińskiego
Szukajmy zarobku
W polskich rodzinach, szczególnie niezbyt zamożnych, wydatki na żywność, mieszkanie i transport stanowią bardzo dużą część budżetu domowego. Oczywiście, można te wydatki częściowo zmniejszać przez zaradne planowanie zakupów i przygotowywanie własnych przetworów. Bułkę z szynką, która w czasach socjalizmu w Polsce była marzeniem często trudno osiągalnym dla ludzi na dobrych posadach, dzisiaj można samemu przygotować, a kosztuje to niewiele ponad 1 zł. Choć za tę samą kanapkę w innych miejscach możemy zapłacić 3 zł, 5 zł, a nawet 8 zł. Tańsze kupowanie to dobry sposób na oszczędności.
Ale można również zrobić trochę więcej. Przedsiębiorczość gospodarstw domowych może być naprawdę znacząca. Może to być np. pielęgnacja ogródków. Przy takim zajęciu można zarobić nawet 200 zł dziennie. Czyli za piętnaście ogródków w miesiącu – już 3000 zł. Zamiast pracownika najemnego Jana Kowalskiego, lepiej to zrobić jako Profesjonalna Firma Ogrodnicza Jan Kowalski, która oferuje ciekawe metody zagospodarowania ogródków. Masę pomysłów można znaleźć choćby w Internecie – wystarczy wpisać do przeglądarki: „pomysły na ogródek” albo podobne. Do przeglądarki można też wrzucić hasło „pomysły na biznes”, bo przecież każdy potrafi coś innego. Proste działania biznesowe gospodarstw domowych często są lepszym sposobem poprawy swojego bytu niż zakładanie dużych przedsiębiorstw.

12 lut
26 sty
5 sty
13 kwi
6 kwi
29 mar
22 mar
14 mar
7 mar
28 lut
21 lut
13 lut
5 komentarzy
Budżet rodziny Kwiatkowskich określiłabym jako przeciętny. Należą do tej grupy, której raczej nie przelewa się (być może muszą zaciskać pasa, byle jakoś od pierwszego do ostatniego), acz racjonalnie i zaradnie gospodarzą domowymi wpływami. Sporo wydali na grudniowe artykuły spożywcze (ciekawe co kryje się konkretniej pod ową pozycją?), ale – zakładam – że systematycznie przygotowywali się (pod tym względem) do nadchodzących świąt. Możliwe także, że dlatego, iż w „grudniowym portfelu” pozostało im do dyspozycji 512 zł, które normalnie (w innych miesiącach) musieliby wydać na czynsz (a tak mieli go pokrytego z nadpłaty za centralne ogrzewanie). Właściwie pisząc to, pomyślałam, że to całkiem niezły pomysł: przez 11 miesięcy płacić czynsz wyższy o 50 zł (to nie majątek), a ostatni miesiąc, grudzień, obfitujący w szereg wydatków i zwykle „wyciskający z naszych sakiew ostatnie poty” – mieć tym samym wolny od opłaty czynszowej. Nadpłacony.
), chwilowa korepetytorka, pogotowie seniora (starsi ludzie lubią dzieci i potrzebują naszej pomocy w wielu sprawach), roznosicielka ulotek (na spacerku, z wózkiem), sprzątałam nawet latem groby (a dzieci zbierały ślimaczki
). Najbardziej jednak lubię dryfować po fali słów, i w ten sposób czerpać profity – to pozwala mi na łączenie przyjemnego z pożytecznym. Stąd inwestycja w internet (a komputer sklecono mi z czegoś, co wędrować miało na złom). W ten sposób zapewniam malcom jedzenie (np. wygrana w Bobo Vicie czy Humanie), rozwój (wygrane książki, które przestają mieścić mi się na półkach, a których w życiu bym nie kupiła; wejściówki do kina, na basen czy w inne, atrakcyjne dla dzieci miejsca – bo wiem, że wszechstronność i bywanie tu i tam, to otwarte horyzonty – acz ostatnio niewiele mi po wejściówkach, gdy nie mam na bilety komunikacyjne
, a tych nie ma gdzie wygrać
) Tak też doładowuję konto telefoniczne (płatne ankiety, za które punkty wymienić mogę na doładowania). Myślałam o „zarabianiu” na reklamach wyświetlanych pod jakimiś tam moimi tekstami (ale jeszcze nie do końca „rozgryzłam” ów temat). A niedawno zainteresował mnie self-publishing, i poczyniłam nawet wstępne kroki w tym kierunku. Możliwości jest naprawdę sporo, trzeba tylko poświęcić temu trochę czasu, zaangażowania, chęci i użyczyć swych umiejętności. Błąkając się tak pośród rozmaitych form, metod, środków, ofert – nie raz natrafiłam na „propozycje nie do odrzucenia”. Ale ostrożność i nieufność nakazywały mi asertywność w wyrażaniu swego zdania co do nich. Szukam swego miejsca, aczkolwiek nie za wszelką cenę. Rozmywam swoje „chcenie”, gdy rzuca się mi w oczy „koniecznością zainwestowania” czegokolwiek więcej, poza moim czasem, chęciami, umiejętnościami, efektywnością czy zaangażowaniem. Rozglądam się za inspiracjami. Czekam na moment, gdy dzieci oddać będę mogła do placówki oświatowej – i wtedy, z werwą (?), sposobność będę miała rozejrzeć się szerzej…
Również nie skrytykuję zakupu ćwiartki świni, bowiem – z doświadczenia wiem – że to „kalkuluje się”. A koszty energii elektrycznej (jak padło w pewnym komentarzu) – hmm, moja zamrażarka „chodzi” nieustannie, zatem nie jest to jakimś dodatkowym kosztem i czynnikiem „dodatkowo obciążającym” tę pozycję. Ja jestem tutaj „na tak”…
Wedle mnie doskonale także „wykorzystują swoje media”, tj. korzystają z nich w rozsądny (i chyba nawet oszczędny sposób): 61,25 zł – opłata za telefon (abonament + rozmowy), 81,83 zł – opłata za prąd, 22,50 zł – opłata za gaz (zadziwiająco niska, zastanawiam się czy wcześniej nie było przedpłaty; albo może to jakiś gaz na kartę prepaid? ). Jak na trzy osoby – jest super ekonomicznie.
Prezenty także „w granicach normy”.
Doskonale też, że rodzice włożyli wiele trudu, wysiłku, serca, zaangażowania i poświęcenia, by córce zapewnić szerokie horyzonty i wypłynięcie na bystre nurty edukacji – co zapewnić może pewną samodzielność, lepszą samoocenę i jedynie profity z tego tytułu. Czasem mentalność podpowiada niezbyt mądry scenariusz, by nie w pełni sprawne dziecko „chronić przed całym światem”. Nie, nawet gdy jakieś ograniczenia (tutaj, sądząc po obrazku, fizyczne) powodują, że droga do celu będzie trudniejsza, pełna rozdroży, wybojów i pułapek – rolą rodzica jest umacniać dziecko, podbudowywać, wspierać i motywować. Być blisko, aczkolwiek nie ograniczać (co zdarza nam się robić z lęku czy nadopiekuńczości). Towarzyszyć – ale pozwolić dziecku na własną interpretację mijanych drogowskazów. Państwo Kwiatkowscy, z pewnością, mogą być dumni, że udało im się (wspólnie) tego dokonać. Tutaj kolejne wyrazy poważania, bowiem wiem, iż studia zaoczne na uniwersytecie do najtańszych nie należą. Warto jednak w nie zainwestować, gdyż – prócz wyższego doświadczenia – córka zyska poczucie niezależności, własnej wartości i dumy (wszak niemało przeszkód pokonać musiała, by znaleźć się w punkcie, w którym jest obecnie – zwłaszcza, że na płaszczyźnie różnorakich barier, które napotykają na swej drodze osoby „sprawne inaczej”, ciągle jest jeszcze wiele do poprawienia). Ambicja, hart ducha, samozaparcie – myślę, że to są cechy charakteryzujące tę osobę, które rokują dobrze na przyszłość. Ja, ze swojej strony, życzę wszystkiego najpomyślniejszego!
Co do mamy Kwiatkowskiej, choć podziwiam za trud włożony w wychowanie córki (zatem i rezygnację z czasu dla siebie), który świadczy o tym, że kobieta ta (pewnie jak cała rodzina) pełna jest determinacji, potrafi wyznaczać sobie cele (mozolna rehabilitacja dziecka, mająca usamodzielnić go i zapewnić godziwe życie) i konsekwentnie dążyć do ich realizacji – hmm, obawiam się, że chcąc – po tylu latach – wkroczyć na rynek pracy, natknie się na „pewien mur”. Nie sądzę, by on „zastopował ją” – swoją postawą przez lata nie raz pewnie musiała udowadniać, iż „potrafi mur przebić”. Nie rokuję jednak, ażeby było łatwo – ale przecież nikt nie mówi, że tak będzie… Przez ostatnie dwadzieścia lat pani Kwiatkowska, z pewnością, dawała z siebie wszystko, by niepełnosprawna córka miała jak najbardziej „normalne” życie – i ta wewnętrzna siła, stanowczość, zdecydowanie, nieustępliwość – one krystalizowały jej „umiejętności miękkie”. Być może, chcąc wejść – po latach bycia gospodynią domową – na płaszczyznę zawodową, poczuje, że stąpa po niepewnym gruncie, uderzy w nią fala zwątpienia, bezradności, omota wicher zagubienia. Ważne, by nie traciła wtedy z oczu horyzontu założonego celu. By znalazła w sobie odwagę, pozwalającą – na początek – małe, drobne, marginalne sukcesy traktować jak prawdziwe, pełnowartościowe, osiągnięcia (nawet „porażka przestaje mieć znaczenie, gdy wykorzystamy ją do budowania sukcesu”). Od tego, by pomóc wyłuskać „mocne strony” – indywidualnie – każdej osobie, która znajdzie się w takim punkcie, są doradcy zawodowi. Warto udać się do takiego doradcy (w mej, rodzinnej, miejscowości działa – bezpłatny – Klub Pracy) na początku planowania swojej ścieżki zawodowej (kiedy wchodzimy dopiero na rynek pracy i poruszamy się po nim jeszcze całkiem niepewnie, a często nawet – jakby – po omacku), w momencie gdy na długo „wypadliśmy z obiegu”, z jakiś tam przyczyn (choroba, wypadek, macierzyństwo/tacierzyństwo) czy gdy nasze, indywidualne, poszukiwania zbijają nas już z tropu i popadamy w dziwne odrętwienie, marazm, niewiarę. Wspólnie z nim ustalić możemy swój „kreatywny plan poszukiwania pracy”, który pomoże nam nie tylko określić cel (co chcę osiągnąć?), wytypować potencjalnego pracodawcę, przygotować strategię działania (metody poszukiwań, ulepszanie ich, elastyczność, intensywność i ciągłość), ale także wyeksponować (najpierw przed sobą samym, a następnie przed potencjalnym pracodawcą) nasze zalety. Dobrze także pamiętać, jak rozkłada się proporcja ofert na rynku pracy jawnym i ukrytym. I celować właściwie… Choć – oczywiście – prosto się o tym pisze/czyta, a w życiu to różnie z tym bywa…
Niezłym sposobem na podciągnięcie kwalifikacji są rozmaite kursy i szkolenia. Nie trwają one zwykle zbyt długo (choć to, oczywiście, pojęcie względne), a dają szansę na zaznajomienie się z nowym zawodem (a w dzisiejszych realiach elastyczność i gotowość do przekwalifikowania to niezwykle pomoce cechy). Swego czasu, gdy czułam, że nie rozwijam się (wykonywana wtenczas praca nie stwarzała mi takich możliwości) – ażeby nie mieć poczucia „uwsteczniania się”, sama, indywidualnie, zapisywałam się na (płatny) kurs zawodowy, który dawał mi choć namiastkę tego, czego czułam niedosyt. Wprawdzie gromadzone pieczołowicie papierki nie miały okazji nadać mi się do niczego, ale tego, czego się tam dowiadywałam, nie odbierze mi nikt. Teraz, gdy „nie jestem atrakcyjna z punktu widzenia pracodawców”, mając na uwadze głównie własną niedyspozycyjność (w sensie: co począć w tym czasie z dziatwą? w domu jakoś jeszcze można ten czas „zagospodarować”: zajęcie dla maluchów i w trybiki własnych obowiązków; gorzej z zarobkowaniem poza własnymi/wynajętymi czterema ścianami), staram się rozwijać na miarę własnych możliwości. Dzisiaj łatwiej znaleźć „coś dla siebie” – są na to środki unijne, szkolenia (w dużej mierze) są z nich dotowane, są różnorakie projekty, wsparcia dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Są – wreszcie – kursy on-line, dla osób – z jakiś powodów – nie mogących uczestniczyć w zajęciach w sposób „tradycyjny”. Mam na swoim koncie nawet jeden z takich certyfikatów zaliczenia bazpłatnego programu szkoleniowego e-Learning (w ramach projektu „Kobiety posługujące się technologiami informatycznymi przyszłością rynku pracy”). Tylko czy „takie kobiety” faktycznie stać mogą się przyszłością rynku pracy? Czy to nie tylko puste frazesy? Wydaje mi się, że minąć musi jeszcze kilka lat, zmienić się sposób myślenia, doświadczania – i mooooożeee? Albo jakieś prawne regulacje, dyrektywy, ulgi, skłaniające ku takim rozwiązaniom? Ufam, że aktywność, konsekwencja i ciężka praca to nasiona, które w końcu zakiełkują i dadzą obfity plon. Należy tylko znaleźć odpowiedni grunt, niejałowy, perspektywiczny. Wszak czymżesz innym jest sukces, jak nie obranym celem, powziętymi środkami, wytrwałą pracą? Gdy okrasi się to jeszcze szczyptą fartu – muuurowany!
Najważniejsze (jak zresztą, słusznie, zauważył Pan Aspirant) jest uwierzyć we własne możliwości. A gdy już się złapie wiatr w żagle – reszta powinna nie być trudna. Najtrudniejszy, zawsze, pierwszy krok…
Kiedy maluchy „wyrosły już z pieluch” i miałam ciut więcej oddechu (na coś co nie jest jedynie związane z nimi), zaczęłam rozglądać się w rozmaitych kierunkach: jak zapewnić nam byt? Dorywczo łapać poczęłam się wszystkiego, co pozwalało mi na samodzielne sprawowanie opieki, ale i zarobienie na ich wyżywienie choćby. Nie było to nic ciągłego, bowiem opieka nad nimi absorbowała mnie nieomal bez reszty, ale zdarzało mi się chwytać rozmaitych prac: jako pomoc domowa (gdy maluchy mogły bawić się w pokoju dziecięcym), opiekunka do dziecka (cóż, jedno więcej do zabawy
Przez jakiś czas myślałam nawet nad rozpoczęciem własnej działalności gospodarczej, być może nad uzyskaniem wsparcia pomostowego czy jakiejś dotacji na ów cel (ale w PUP zmiażdżono mnie koniecznością posiadania żyranta). Przekalkulowałam jednak, że liczba godzin, które mogłabym obecnie poświęcić na pracę (bez uszczerbku dla dzieci), nie zapewniłaby mi zarobku, pozwalającego na samozatrudnienie (i wynikające z tego, obligatoryjne, zobowiązania finansowe: podatki, ubezpieczenie etc.) przynoszące zysk. Najpierw wykonam (najlepiej jak potrafię) pracę w obecnym zawodzie – macierzyństwie, a już wkrótce pomyślę o czymś jeszcze. A właściwie to nieustannie o tym myślę, czekam tylko na sposobność i odzyskanie choć ułamka dawnej dyspozycyjności…
Wszystkim, którzy stoją w podobnym miejscu (po studiach dotyczyć to będzie także omawianej dziś Kwiatkowskiej), życzę dużo energii, pasji, pomyślności i wytrwałości. Nie bez znaczenia jest zadanie sobie pytań: „co ja chciałbym/chciałabym robić? co lubię? w czym czuję się mocny/-a, niezły/-a? jakie mam zdolności, umiejętności i predyspozycje?”. Nie jest to jednak wszystko, wymaga to od nas większych nakładów: wywiadu rynkowego, określenia potencjalnych odbiorców-pracodawców, reklamę i szereg innych, powziętych środków. Ale przecież „praca solą jest życia”. Pamiętajmy jednak, że pracując wyłącznie dla dóbr materialnych, budujemy sobie „więzienie ze złota”; w wysiłku tym poszukujmy czegoś więcej, rozwijajmy się, wykuwajmy w tym fundamenty własnej (mocnej) osobowości…
Nie dajmy się wykorzystać czasowi! To my go wykorzystajmy: odpowiednio i wartościowo!
Postscriptum. Wspomniałeś, Aspirancie, że wydaje Ci się, iż „podatnicy coraz częściej deklarują odpisywanie części podatku na cele charytatywne”. Tutaj wkleję urywek swego tekstu (gdzieś już zamieszczanego), jak ja to widzę:
„Od kilku lat jestem dla bliskich i znajomych takim „pogotowiem PITowym”. Pomagam im zmagać się z poszczególnymi rubrykami, albowiem – wbrew pozorom – to, co jest powszechnym obowiązkiem, nie jest niestety dla ogółu proste i zrozumiałe. A już wielki problem powstaje, gdy każdemu proponuję odliczenie na OPP 1 procent należnego podatku. Zdecydowana większość bulwersuje się, iż chcę im uszczknąć cosik z i tak niewielkiego zwrotu. Wciąż od nowa tłumaczyć muszę, iż ofiarowującemu absolutnie nic nie ubędzie, jedynie Urząd Skarbowy zobligowany będzie do przekazania danej kwoty na cel charytatywny.
Akcja jest zaprawdę szczytna – uważam jednak, iż powinno się „ugryźć ją” z całkiem innej strony. Pospołu powinniśmy głosić wszem i wobec, że ten 1 procent nie wypływa „z kieszeni” konkretnego podatnika (zatem nie ubywa „materialnie, namacalnie”, z tego, co można by mieć „na rękę”), ale z Urzędu. Jako propagator tej akcji w swoim środowisku, wiem, jak duża jest niewiedza na ten temat (choć każdy słyszał o propozycji przekazania 1 procenta) i o ile więcej środków udałoby się przekazać potrzebującym organizacjom i kryjącym się za nimi konkretnymi ludźmi i jednostkowymi dramatami, gdyby każdy szary człowieczek pojął, że on na tym nic, a nic nie traci!” Amen
Dziękuję, Aspirancie Fortuno, za kolejny, „wspólnie” spędzony czas. Za wskazówki, uwagi, nauki, merytorykę. Za dzielenie się swoim doświadczeniem. Za propagowanie wiedzy, mogącej pomóc zbudować „przeciętnemu obywatelowi” własną niezależność finansową. Za motywowanie, inspirowanie i podżeganie do buntu wobec „zastanej rzeczywistości”. Za „marchewkę”, miast „kija”. Za całokształt – sprawnie i w ciekawy sposób – przeprowadzonej akcji. Za… za… zaaaaproś nas do kolejnych edycji, bo nudne będą wtorki bez Fortuny i czegoś będzie brak. A z Fortuną jakoś się toczy…

Najcenniejszym, w tym wszystkim, uważam fakt, iż nie rozdawano tu „ryb”, ani nawet nie dawano w gratisie „wędek”, próbowano zaś zaszczepić w społeczeństwie „mentalność wędkarza”. Dostać „rybę”, bez wysiłku i włożonego weń serca, nie da takiej satysfakcji i nie przyniesie nauki. „Wędka” – dobra, na początek, ale gdy otrzyma ją ten, któremu „mentalności wędkarza” brak – sprzeda ją, „rybę” kupi na bazarku, a po tych wszystkich transakcjach (i konsumpcji) będzie tak samo ubogi, jak na początku. Prawdziwy zaś „łowca” (w sensie: CHCE łowić) „wędkę” stworzy sobie nawet ze zwykłego, prostego kija. Bo w owym „moczykijstwie” widzi nie tylko profity i korzyści, ale czuje także Spełnienie. Obrał cel, powziął środki i z całego tego procesu potrafi czerpać jeszcze satysfakcję. Coś dużo bardziej górnolotnego, niźli tylko gotówkę, w najczystszej postaci. Wierzę, że udało Ci się, Drogi Aspirancie, rozsiać wokół wiele „zarazków” przedsiębiorczości, że zarażać teraz będziemy się pospołu – i czynić to będziemy z pożytkiem dla nas samych. W końcu: mam nadzieję, że i ja połknęłam owego bakcyla i teraz z większą wiarą we własne możliwości wchodzić będę w jutro. Jeśli nie ze szturmem, to choćby z głową wyżej uniesioną. Na tyle wysoko, by nie potykać się, nieustannie, o własne ograniczenia (a któż je tworzy? może ja sama, właściwie?), ale i nie tracić z oczu horyzontu marzeń (i zamierzeń). Dzięki – raz jeszcze
Pozdrawiam.
A.
W rodzinie Kwiatkowskich mamy dość skromny budżet miesięczny. Sugerowałbym głowie rodziny poszukania dodatkowego dochodu. Mężczyzna w tym wieku ma wiele doświadczeń i – na pewno – mógłby je wykorzystać, a przy okazji dorobić. Analizujemy teraz okres zimowy, ale pani K. w sezonie letnim, z pewnością, też jest w stanie uzyskać dodatkowy przychód. W pracach polowych, przy zbiorze owoców czy warzyw, zawsze wpaść nam może dodatkowych kilka złotych. W dzisiejszych czasach dość powszechna jest telewizja cyfrowa, a jak wiadomo założenie talerza satelitarnego do najtańszych nie należy. Z własnego doświadczenia wiem, że nauka owej instalacji jest łatwa do opanowania. Zatrudniając kogoś, kto podłączyłby nam cały zestaw, musimy wydać czasem nawet ponad 100zł. „Fachowiec” montujący całość, często tak naprawdę „symuluje” ile to trzeba się napracować, by ustawić antenę – a potem solidnie nas za to kasuje. Zachęcam pana K. do sięgnięcia, na przykład, po lekturę montażu anten satelitarnych, a przekona się, że bardzo prosto tę technikę opanować. Inwestując w miernik sygnału (który tak naprawdę nie jest niezbędny) może dorobić do swoich dochodów. Jeśli wziąłby za swoją pracę połowę ceny, którą oferują firmy na rynku, to i tak by na tym nie stracił. Tak naprawdę uczymy się całe życie, zatem do swojego budżetu możemy dorobić we wszelaki sposób. Mi, osobiście, pomysłów nie brakuje. Jeśli się czegoś naprawdę chce, można tego dokonać. Do swojego przychodu jestem w stanie dorobić parę złotych poprzez „talent kulinarny” (zdarza się, że upiekę jakieś ciasto) za co do skarbonki wpadnie coś dodatkowego. Ogłaszając się na tablicach: oferując swoją pomoc w nieskomplikowanych remontach, w drobnych pracach stolarskich (zrobienie ramek do zdjęć czy też domku z zapałek), narysowaniu portretu – zawsze istnieje szansa na znalezienie chętnego na usługę. Każdy ma w sobie coś, co potrafi zrobić doskonale – i może na tym zarobić. Sami znamy siebie najlepiej. Myślę, że państwo K. powinni odszukać w sobie owe mocne strony i działać, a na pewno pomysłów (i zleceń) nie braknie…
Na sukces w biznesie składa się: dobry pomysł na działalność, plany w perspektywie kilku lat na funkcjonowanie firmy, znajomość przepisów, umiejętność poszukiwania okazji, żyłka handlowca, kreatywność i pomysłowość, wreszcie cierpliwość i zaradność oraz samozaparcie. Można by było wyliczać więcej tych cech, jednakże dla każdego będzie ważniejsze coś innego. doliczyć można także wolny czas, co oczywiście nie jest niczym trudnym, gdy ktoś jest osobą bezrobotną.
Jeżeli chodzi o PAOW to tutaj warto by było również wspomnieć o programie Leader, który ma na celu m.in. rozwijanie umiejętności i kompetencji wśród młodych liderów na terenach wiejskich oraz zachęcanie ich np. do zakładania własnych organizacji społecznych. W ramach programu leader organizowane są liczne szkolenia wyjazdowe, omawiające w jaki sposób można starać się o dofinansowanie unijne, jak móc zrealizować swój pomysł na biznes, ponadto zdobywa się wiedzę o przepisach prawnych, dzięki temu łatwiej poruszać się w gąszczu, często trudnym do przebycia dla początkujących.
własna firma o profilu rolnym, to na przykład: usługi polegające na dostarczaniu maszyn rolniczych i za ich pomocą dokonywanie prac polowych, wystarczy dysponować takimi maszynami i oczywiście sprawnym traktorem – jednak jest to pomysł skierowany do producentów rolnych, będących już w posiadaniu takowych sprzętów, niż do osób, które dopiero mogłyby startować z takim biznesem.
niewielkie nakłady finansowe wystarczą powiedzmy na biuro zajmujące się rozpisywaniem wniosków o dotacje obszarowe czy ONW czy innej dokumentacji jaką producent rolny musi dostarczyć np. do ARiMR. Warto by sektor usług na rzecz rolnictwa rozwinął się gdyż drzemie w nich potencjał (UE na politykę rolną przeznacza znaczne środki, będzie to w granicach około 40%) a ponadto jest to duża szansa dla pomysłowych osób. Powodzenia.
Gwoli „dorabiania sobie”, poza etatem, pomyślałam jeszcze o dwóch, całkiem nieskomplikowanych czynnościach, mianowicie:
(maluchy na oku i praca w domu).
1 – wyszukiwanie na targach staroci przedmiotów, które – zakupione za absolutny bezcen – po „odświeżeniu” odsprzedać można poprzez jakiś portal aukcyjny (za przyzwoitą cenę),
2 – znam sporo osób, które nie cierpią, tudzież nie mają czasu na prasowanie – myślałam nawet o ogłoszeniu; „Nie znosisz prasowania – przywieź je do mnie”
Może któryś z tych pomysłów wykorzystać mogłaby pani Kwiatkowska?
„(…) A niedawno zainteresował mnie self-publishing, i poczyniłam nawet wstępne kroki w tym kierunku (…)”
Tak pisałam w komentarzu wyżej. A żeby nie pozostać gołosłowną – podaję link, że swe myśli i słowa przekułam w czyn (choć pewnie gdyby nie intensywne i aktywne szukanie środków na uzdrowisko – pewnie bym się nie odważyła). Nie wiem, czy ma to jakąkolwiek wartość, niemniej jest „prawdziwe”
Pozdrawiam.
A.
http://annajellaczyc.poczytaj.to/
Dodaj komentarz