Dzisiaj przyglądamy się wydatkom rodziny Cybulskich, którą tworzy mama z dwoma córkami i mieszkająca z nimi babcia. Pod lupę wziąłem ich wydatki z grudnia 2010r.
Cztery panie Cybulskie: babcia, mama i dwie córki (12 i 10 lat) dostosowały się do stereotypu rozrzutnych kobiet – i w grudniu wydały masę pieniędzy na ubrania. Z drugiej strony trzeba stwierdzić, że były to w dużej części prezenty mikołajkowe i świąteczne, przeznaczone do noszenia przez cały rok. Jednak prawie 1350 zł na ten cel, czyli niemal jedna czwarta wydatków, to chyba zbyt dużo, jak na przychody osiągnięte w grudniu. Pensja Cybulskiej, alimenty na dzieci i nagroda w pracy złożyły się na kwotę 3786 zł, zaś pozostałe wydatki sfinansowała babcia – ze swojej emerytury i z oszczędności. A trzeba było dołożyć ponad 2020 zł, bo o tyle grudniowe wydatki rodziny większe były od zarejestrowanych dochodów mamy Cybulskiej.
Więcej niż na odzież panie Cybulskie wydały tylko na dom jednorodzinny w mieście wojewódzkim, gdzie mieszkają. Budynek jest obciążony kredytem hipotecznym (miesięczna rata wyniosła 600 zł), trzeba go ubezpieczyć (231,5 zł na rok), na bieżąco opłacić wodę (227,56 zł za kwartał), energię (198,09 zł za miesiąc) i wyposażyć (w grudniu za 354 zł), co razem daje 1611,15 zł, czyli prawie 28 proc. miesięcznych wydatków. Na szczęście dom jest całkiem nowy, więc remonty i konserwacja są nieczęste, i nie wiążą się z wysokimi nakładami.
Trzecią pod względem wielkości pozycją w budżecie Cybulskich jest transport i łączność. Cybulska sporo jeździ własnym samochodem w godzinach pracy i z rodziną, odwozi dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe (kółko plastyczne, korepetycje) i odbiera je. Dlatego na samochód (paliwo, myjnia, płyny) wydała aż 630 zł, czyli więcej niż na żywność. Niewiele wydała na telefony (niecałe 50 zł). Jednak transport i łączność to prawie 12 proc. wydatków Cybulskich, czyli znów bardzo dużo…
Mniej na żywność
Dopiero na czwartej pozycji w budżecie Cybulskich znalazła się żywność (628 zł), z udziałem poniżej 11 proc. w grudniowych kosztach. Zakupy spożywcze są u Cybulskich dość rzadkie (zwykle jeden-dwa razy w tygodniu) i opiewają na wyższe kwoty. Podejrzewam, że niektóre drobniejsze wydatki (typu świeże pieczywo) zostały w zestawieniu pominięte jako dokonane przez babcię, która troszczy się o wnuczki.
Dziewczynki zresztą „pożyczyły” mamie 400 zł w listopadzie i zwrot tej kwoty też obciążył grudniowy budżet. Poza tym Cybulska spłaca miesięcznie 369 zł do kasy zapomogowo-pożyczkowej.
Inne pozycje są znacznie mniejsze: niecałe 200 zł na kulturę i rekreację (w tym zakup obrazu i prezentu do szkoły), 182,5 zł na ochronę zdrowia (dentysta i lekarstwa), 128 zł na edukację (głównie korepetycje dla dziewczynek), a także 110 zł na środki czystości. Dodatkowo ponad 100 zł wyniosły koszty udziału w pogrzebie dziadka (kwiaty i znicze).
Niezawodna babcia
Gdyby nie bieżąca pomoc finansowa babci i opłacanie przez nią części zobowiązań, w grudniu panie Cybulskie musiałyby się zapożyczyć na ponad 2000 zł – albo ograniczyć kosztowne prezenty mikołajkowe i świąteczne (głównie odzieżowe). Wśród internautów na moim blogu akurat ta pozycja w budżecie pań Cybulskich wywoływała najwięcej emocji, a drastyczne zmniejszenie zakupów odzieży powtarzało się jako stały postulat. Inna rzecz, że z reguły zgłaszali go panowie – zaś panie taktownie milczały, a może okazywały Cybulskim więcej zrozumienia, jeśli idzie o zakupy ubrań i butów…
Nie wiem, czy zauważacie to samo, co ja, ale wydatki na szeroko rozumianą komunikację i łączność stanowią w naszych budżetach rodzinnych znaczącą pozycję, i mam wrażenie, że stale rosną. Przy czym komunikacja i łączność to przemieszczanie się (wydatki na paliwo i utrzymanie samochodu łącznie z ubezpieczeniem, bilety PKP, PKS, komunikacji miejskiej), ale też telefony, Internet, opłaty radiowo-telewizyjne. Cięcia budżetowe w rodzinnych finansach moglibyśmy zacząć od tych pozycji i to bez odczuwalnego uszczerbku dla standardu życia. Przede wszystkim za mało chodzimy i jeździmy na rowerach. Krótko mówiąc – za dużo wydajemy na transport samochodowy. Wraz z nadejściem wiosny – jeśli tylko to możliwe – warto przesiąść się na rower i więcej spacerować. Zostawiając samochód w garażu można zaoszczędzić znaczące kwoty.
Patrząc na nasze ulice dziwię się często, jak wiele pieniędzy jeździ po polskich drogach. Oczywiście nie chodzi o to, aby przesiadać się z powrotem do małych fiatów, ale jest coś nie tak np. w postawie lekarza, który jeździ wozem pancernym. Myślę o swoim znajomym doktorze, który dociera do szpitala olbrzymim, modnym ostatnio autem osobowo-transportowym. Taki pojazd, przydatny w biznesie budowlanym, kosztuje tyle, co dwa samochody miejskie. W dodatku pożera straszne ilości paliwa, dużo kosztuje w codziennej eksploatacji. Przypuszczam, że lekarz – jak i znajomy prawnik – używają ich dlatego, aby pokazać otoczeniu swoją zamożność. Piszę o tym także dlatego, bo ciągle mam w pamięci spostrzeżenie pewnego inwestora, który handlował nieruchomościami. – Gdyby Polacy – mówił – najpierw zainwestowali w ziemię i mieszkania, a dopiero później w kosztowne samochody, to mogliby ze spokojem oczekiwać emerytury. Ponieważ postępują odwrotnie, czyli konsumują ponad stan, to już za młodu głośno narzekają na system emerytalny.
Za dużo gadamy…
Spójrzcie uczciwie na swoje rachunki telefoniczne. Ile pieniędzy marnujemy na gadanie. U mnie wszyscy domownicy mają własne telefony komórkowe, a żona nawet dwa. Córka – osoba ciągle nastoletnia – w ciągu dnia odbiera tyle telefonów i SMS-ów, jakby była dyrektorem kopalni. Stosunkowo niedawno mieliśmy w domach tylko tradycyjny telefon i opłaty z nim związane utrzymywały się na poziomie kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Dzisiaj oprócz zwykłego telefonu każdy z domowników ma jeszcze komórkę. Płacimy za rozmowy kilka razy więcej niż dawniej i wcale z tego powodu nie mamy znacząco większych dochodów. Jeśli do tego dodamy opłaty za telewizję satelitarną, Internet, abonament radiowo-telewizyjny, to okaże się, że te rozproszone wydatki są naprawdę znaczącą pozycją w budżetach rodzinnych.
Z drugiej strony pojawia się coraz więcej okazji i możliwości oszczędzania na łączności. Można np. przejść na telefonię internetową i tanio dzwonić po całym świecie. Można używać komunikatorów internetowych i praktycznie bezpłatnie prowadzić rozmowy, także wideo. Internet daje wiele nowych możliwości. Trzeba tylko umieć z nich korzystać. Np. na Twitterze dość często dostaję informację o tanich połączeniach lotniczych. Niekiedy oferta jest tak atrakcyjna, że chyba pójdę w ślady kolegi, który w ten sposób zwiedził już pół Europy. Ostatnio np. otrzymałem informację o tanim locie do Bergamo we Włoszech. Bilet w obie strony kosztował 60 zł, a odlot miał być bodaj z Łodzi. Nawet jeśli doliczyć opłaty lotniskowe i za dodatkowy bagaż, to i tak wychodzi niewiele. W moim przypadku więcej kosztowałby dojazd do lotniska niż przelot w obie strony. W Internecie są serwisy umożliwiające zatrzymanie się na noc, dwie w prywatnych domach. Sprawdziłem: nocleg proponowało 17 mieszkańców Bergamo. Z jednym się nawet skontaktowałem. Przepraszał, że ma małe mieszkanie, ale za to w starym centrum miasta. A miasto jest piękne – wiem, bo byłem. Z Bergamo jest blisko do Mediolanu, nad jezioro Como, w Alpy. Tanie połączenia lotnicze dają nam dzisiaj nowe możliwości podróżowania. Znajomy właściciel biura podróży skarżył się, że jego dawni klienci coraz częściej łączą się w grupy i wykorzystując możliwości Internetu na własną rękę organizują sobie wypoczynek. Jak tak dalej pójdzie, to będzie musiał zamknąć biuro.
Im starsze, tym więcej kosztuje
Panie Cybulskie też dużo wydają na komunikację, w ich przypadku najwięcej na paliwo. Skądinąd wiadomo, że wysokie koszty eksploatacji samochodu wiążą się z dalekimi wyjazdami rodzinnymi. Z grudniowego budżetu wynika, że przy stosunkowo niezłych dochodach, ani mama, ani babcia nie myślą o przyszłości dziewcząt. W każdym razie nie odnotowałem informacji, aby rodzina odkładała na fundusz inwestycyjny, który w przyszłości mógłby stać się funduszem stypendialnym dla dzisiejszych nastolatek. Czas leci szybko i panie się nawet nie obejrzą, gdy dziewczęta skończą szkoły i rozpoczną studia. Trawestując powiedzenie im „większe dziecko, tym większy kłopot”, można stwierdzić, że „im starsze dziecko, tym więcej kosztuje”.
Matkom samotnie wychowującym dzieci jest oczywiście znacznie trudniej pod względem finansowym, ale może właśnie dlatego powinny jak najwcześniej odkładać nawet niewielkie kwoty na przyszłość dzieci. Im dzieci będą starsze, tym wydatki wzrosną. Możliwości odkładania na fundusz stypendialny jest dzisiaj bardzo wiele, od prostej lokaty bankowej po agresywne fundusze inwestycyjne. Korzyści z procentu składanego są funkcją wysokości odsetek i czasu. Upraszczając: im dłużej odkładamy, tym więcej przyrasta nam na koncie.
Znaczące wydatki konsumpcyjne (zwłaszcza na odzież) dowodzą, że rodzina Cybulskich – mimo spłacania kredytu hipotecznego – posiada potencjał finansowy umożliwiający odkładanie np. po 100 zł miesięcznie na przyszłość każdej z dziewczynek. Po kilku latach uzbierałaby się znaczna kwota, którą kiedyś nazywano posagiem…
A może polisa posagowa?
Zwykła lokata bankowa chroni kapitał przed inflacją dając niewielkie zyski. Odkładając pieniądze posagowe lepiej przejrzeć oferty instytucji finansowych i skorzystać z oferowanych przez nie instrumentów, np. z planów systematycznego oszczędzania. Opracowano je z myślą o dzieciach, ale funkcjonalnością nie różnią się od produktów skierowanych do dorosłych. Wskazana część kapitału może zarabiać choćby na akcjach spółek giełdowych. Za zgodą opiekuna i po przekroczeniu 13 roku życia, nasze pociechy mogą samodzielnie składać dyspozycje zakupowe przechodząc w ten sposób niezłą szkołę edukacji ekonomicznej.
Innym rozwiązaniem są polisy posagowe. Mogą je dzieciom kupić rodzice, chrzestni, dziadkowie. Polisa jest ubezpieczeniem na życie, a jej beneficjentem staje się dziecko. Rodzice lub dziadkowie zobowiązują się do regularnego wpłacania określonej kwoty, w zamian otrzymując gwarancję ubezpieczenia i gromadzenia środków zwolnionych z tzw. podatku Belki. Po wejściu dziecka w dorosłość ubezpieczyciel wypłaci mu sumę ubezpieczeniową. Jeśli w trakcie gromadzenia funduszy zdarzy się nieszczęście (śmierć rodziców), firma wypłaci dziecku stosowne odszkodowanie po osiągnięciu pełnoletniości. Do tego czasu ubezpieczyciel przejmuje opłacanie składki i wypłaca opiekunowi dziecka rentę miesięczną wysokości około 2 proc. tzw. sumy ubezpieczenia. Polisy posagowe nie zdobyły dotychczas dużej popularności i stanowią zaledwie 1 proc. całego rynku ubezpieczeń na życie. Wielu dorosłych pamięta je z lat 1980., gdy ówczesne polisy o tej nazwie obiecywały po latach wypłacenie dwudziestokrotności ówczesnej średniej pensji. W efekcie – wskutek hiperinflacji z przełomu lat 1980. i 1990. – wypłaty wyniosły kilkaset obecnych złotych.
Jeśli komuś te rozwiązania nie pasują, może sobie stworzyć własną polisę posagową wykupując za część odkładanej kwoty rodzinną polisę od następstw nieszczęśliwych wypadków, a resztę lokując np. w obligacje skarbowe.
Wasz aspirant Fortuna
![]()
Anika Ochotnicka
Komisja Nadzoru Finansowego
Panie Cybulskie są zwykłą rodziną miejską z normalnymi potrzebami finansowymi. Ich wyobrażenia o komforcie życia są typowe dla aspirujących do klasy średniej, z wyjątkiem wyobrażeń o koniecznych oszczędnościach.
Grudzień nie był reprezentatywnym miesiącem z życia pań Cybulskich i poczynione wydatki nie są typowe dla ich miesięcznego budżetu. Okres świąteczny to zakupy prezentów, a koniec roku oznacza wydatki wyrównawcze za media, smutnym i nieczęstym jest też zapewne pogrzeb w najbliższej rodzinie (pociągający za sobą wydatki).
Z lektury wydatków i przychodów można wyciągnąć pochopny wniosek, że panie Cybulskie wydają więcej niż zarabiają. Jednak niska rata kredytu hipotecznego, spłata w kasie zapomogowo-pożyczkowej (takie pożyczki są zaciągane na ogół maksymalnie na dwa lata, z oprocentowaniem do 2 proc.), jak i brak zobowiązań z tytułu karty kredytowej świadczą o niskim zadłużeniu gospodarstwa domowego. Oznacza to, że Cybulska jako posiadaczka domu jednorodzinnego w mieście, wbrew pozorom (przy 1/6 dochodu przeznaczonej na spłatę pożyczek) rozważnie zarządza swoimi finansami.
Ze wspomnianymi aspiracjami i brakiem zainteresowania oszczędzaniem wiąże się specyfika grudniowych wydatków. Zakupy odzieży (w sumie 1/4 wydatków) wynikają z rozeznania praktycznych potrzeb rodziny, ale i realizują chęć należytego prezentowania się. Dysproporcja tych wydatków w stosunku do innych może sugerować „nadrabianie prezencją”. Podobno zakupy poprawiają samopoczucie. Koszty depresji zimowej bywają trudne do oszacowania…i może lepiej sprawić sobie ładną rzecz? Tym bardziej, że rodzina z rosnącymi dziećmi musi czasem kupować choćby buty. Należy uznać ten wydatek za w pełni uzasadniony i konieczny.
Głowa rodziny posiada samochód i intensywnie go eksploatuje (11 proc. wydatków, prawie tyle, co w statystycznej rodzinie o podobnej strukturze i dochodach). Samochód Cybulskich zarabia na siebie, zwłaszcza w zestawieniu z wydatkami na żywność. Cybulska robi przemyślane zakupy w tańszych sklepach oddalonych od miejsca zamieszkania. Takie podejście do oszczędności rzuca pewne światło na pozostałe wydatki: ciąć wydatki na telefony, artykuły przemysłowe, wyposażenie wnętrz, a wydawać, gdy w grę wchodzą inne potrzeby (korepetycje, odzież, wygodny transport, dentysta). Opłata za wodę ma charakter wyrównawczy (zapewne roczny), a ubezpieczenie jest stałą opłatą roczną.
Zagadkowym punktem rachunków miesięcznych jest kieszonkowe dzieci, które ze swoich oszczędności są w stanie pożyczyć aż 400 złotych. Są to zarazem jedyne oszczędności w rodzinie. Nawyk oszczędzania jest chwalebny, zwłaszcza wobec nieprzewidywalnych wydatków, drobnych napraw, których akurat nie było. Łącząc go z samodzielną nauką można oszczędzić na korepetycjach albo w ich cenie brać lekcje języków obcych…co też podnosi samoocenę, może bardziej niż ładny strój.



12 lut
26 sty
5 sty
13 kwi
6 kwi
29 mar
22 mar
14 mar
7 mar
28 lut
21 lut
13 lut
4 komentarze
Chyba mam dzisiaj jakiś słaby dzień (dzień czepialstwa), bowiem normalnie staram się znaleźć najpierw mocne strony, plusy czegoś, coś godnego pochwały, ale… Nie lubię krytyki, a kiedy muszę już zastosować jakiś jej element (by być uczciwą), to i tak czerpię ze studni łagodności, nie chcąc sprawić Drugiej Osobie przykrości…
Ehhh, i mi marzy się taka wycieczka w nieznane…
(ale jeszcze sporo musi poczekać, wszak ważniejsze wydatki mam na głowie)
Kiedy jednak czytam o rodzinie Cybulskich – cóż, zwroty „rozrzutność” czy „niegospodarność”, „lekka ręka do pieniędzy” – same wciskają mi się pod palce. Choć klawiatura się buntuje – uczciwe podejście do tematu dyktuje mi taki styl…
Żeby jednak nie wyjść na heterę (i tak nie sposób nie wyłuskać sobie z mego wizerunku ziaren harpagona), zacznę od tego, co chwali się paniom C.
1. Faktycznie niewiele wydają na telefon – i to dobrze, bo czasem naprawdę zbyt wiele pieniędzy rozmieniamy na ulotne (często źle wykorzystane, zmarnotrawione, bez sensu przegadane) impulsy.
2. Robienie zakupów w sklepach oddalonych od domu, większych – co świadczyć może o tym, że pani C. stara się nie przepłacać i wybiera te miejsca, gdzie zaoszczędzi parę złotych.
3. Brak karty kredytowej – i choć staram się nie być uszczypliwa, to jednak nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że dobrze, iż osoby, które czasem zwyczajnie „szastają pieniędzmi” (nie mi to, zresztą, oceniać, ale te DROGIE prezenty odzieżowe skłaniają nie do wysnucia takich wniosków) nie posiadają plastikowego pieniądza. Te karty, faktycznie, są dla ludzi „znających umiar”, nie poddających się łatwo impulsom, potrafiących racjonalnie zarządzać swoimi finansami, mających „wyczucie” czy nie zbliżają się do jakiejś „niebezpiecznej granicy”. Właściwie to dawno, dawno temu usłyszałam pewne zdanie, iż „nie ma granic, są tylko opory”. Spodobało mi się one, i często kieruję się nim w życiu. Karty kredytowe czy debetowe w nieodpowiednich rękach mogą stać się „niebezpiecznym narzędziem”. Dla nich samych. Łatwo popaść w długi – trudniej się później wykaraskać z tego grząskiego bagna…
I to by było chyba na tyle, gdy chodzi o pochwały (starałam się, wierzcie mi).
Dalej… Na czym ja bym tutaj zaoszczędziła? Hmm… Primo: ubrania, prezenty – tu nawet nie byłoby dyskusji; a jak to bym zrobiła – opisywałam już w przypadku innych rodzin.
Pomyślałabym o oszczędnościach energii elektrycznej, bo kwota miesięczna 198,09 zł, jak na cztery osoby, wydaje mi się stanowczo za duża (u mnie jest wieeeele mniej).
Nie wiem co skłoniło rodzinę do wybrania płatnego dentysty (lepszy materiał użyty do leczenia?), ale – o ile nie była to paląca sprawa (nagły, silny ból), ja rozejrzałabym się za gabinetem, gdzie lekarz świadczy usługi na podstawie kontraktu z NFZ. W naszej rodzinnej miejscowości (a nie jest ona duża, to nie żadne miasto wojewódzkie) jest od groma gabinetów prywatnych, gdzie można się leczyć i tak (prywatnie), i tak (na fundusz). O ile nie chodzi o kwestię płatnych, lepszych materiałów – ja korzystam z tej drugiej opcji. Nie lubię przepłacać tam, gdzie mogę zaoszczędzić (bez uszczerbku na czymś tam).
Dobrze, że inwestuje się w tej rodzinie w rozwój intelektualny dzieci (matematyka, fizyka) i w rozwijanie ich pasji czy talentów (kółko plastyczne). Pamiętam jednak, z czasów szkolnych (wieki temu), że wymyśliliśmy w klasie dobry patent na to, by korepetycje płatne nie były potrzebne osobom mającym większy problem z przyswajaniem wiadomości. Po prostu, w ramach koleżeńskiej wymiany, tłumaczyliśmy sobie wzajemnie to, z czym ktoś miał kłopot. Raz – wzmacniało to więzy w grupie, szlifowało koleżeństwo, uczyło odpowiedzialności. Dwa – odciążało portfele rodziców. Czasem wystarczy się, po prostu, przyłożyć… Choć, oczywiście, nie w każdym przypadku sprawdzi się to. Czasem jest potrzebny dobry korepetytor. Niemniej nie zaszkodzi najpierw spróbować tej, ekonomiczniejszej, „lajtowej” wersji.
Nie sposób także nie zgodzić się z Aspirantem co do cięć w sferze transportowej. Porzucić wygodnictwo i zadbać, przy okazji, o swoją kondycję i zdrowie. Sama jestem niezmotoryzowana, niemobilna – i niekiedy „zazdroszczę” innym tej „wolności”, tego, że robią jakieś wypady, kiedy mają na to ochotę, a nie wtedy, gdy tak nakazuje rozkład jazdy. Auto jest potrzebne w gospodarstwie domowym, acz nie jest niezbędne zawsze i wszędzie. Łatwo jednak przyzwyczaić się do „luksusu” i zacząć go nadużywać; także tam, gdy piechotka mogłaby okazać się miłym urozmaiceniem. Zwłaszcza teraz, gdy zagościła – w końcu – długo oczekiwana, piękna, pachnąca wiosna. Może będzie trochę „dłużej”, bardziej czasochłonnie (choć w miastach wojewódzkich, gdzie korki to chleb powszedni – nie wiem… nie wiem…), ale taki spacerek może przynieść nam wiele radości i nieoczekiwanych uniesień… Fiołki, nieśmiało podpełzające do naszych stóp. Wiaterek, pląsający pośród porozrzucanych myśli. Ptasie trele, mile łechcące nasze przewody słuchowe. Trawka, czule zieleniąca się i łasząca do krawężników… Tych wiosennych cudów jest bez liku. Wystarczy tylko otworzyć się na nie. Odstawić, na moment choć, zdobycze cywilizacyjne, i zanurzyć się w rozkoszach natury. Która przecież NIC, A NIC NAS NIE KOSZTUJE!
Tutaj, od razu nadmienić muszę, że zawsze śmiać mi się chce, gdy wybieram się w jakimś celu do Wrocławia; ilekroć pytam przechodniów o drogę w jakieś konkretne miejsce, JAK TAM DOJŚĆ, zawsze słyszę tę samą śpiewkę: „eeee, to za daleko! musi pani wsiąść w ten a ten tramwaj/autobus podmiejski i podjechać ileś tam przystanków”. A ja proszę tylko o wskazanie kierunku! Wielkomiejscy obywatele społeczności przywykli chyba do środków komunikacji. A ja nie chcę/nie lubię/zresztą cierpię na paskudną przypadłość: chorobę lokomocyjną. Zawsze dajemy radę dojść gdzieś na piechotę. I okazuje się, że to „daaaaaaaleeeeeko” było całkiem blisko. Zarówno dla mnie, jak i dla moich czterolatków. Nie takie trasy pokonujemy co dzień, przemieszczając się z jednego krańca miasta, w drugi. Przy okazji tematu, chciałabym pochwalić inicjatywę naszego Starosty, który inspiruje mieszkańców do aktywności, zażywania ruchu i zdrowego stylu życia, wspierając lokalny klub kolarski, patronując rekreacyjnym imprezom czy organizując piesze rajdy (z licznymi atrakcjami).
Wracając zaś do rodziny C. – warto także mieć zawsze coś w zanadrzu, na „czarną godzinę” i nieprzewidziane wypadki (jak tutaj – pogrzeb dziadka). Dlatego – jeśli możemy sobie na to pozwolić – oszczędzajmy, miast konsumować całość przychodów.
W tekście słusznie wspomniano też o odkładaniu, lokatach, funduszach – to przyszłościowe myślenie. Daje gwarancję środków wtedy, gdy okażą się naprawdę potrzebne. A dzieci rosną – i wymagać będą coraz więcej (studia chociażby). Co nam po tym, że mamy szafy pełne ubrań czy lodówki z gnijącym (często, nazbyt, zdarza się takie marnotrawstwo) jedzeniem? Lokujmy gotówkę rozsądnie, inwestujmy z głową, wydawajmy z umiarem.
„Gdyby Polacy najpierw zainwestowali w ziemię i mieszkania, a dopiero później w kosztowne samochody, to mogliby ze spokojem oczekiwać emerytury.” – kiedy to przeczytałam, przed oczyma od razu stanął mi mój dawny Pracodawca, człek niezwykle obrotny, mający sporą wiedzę i doświadczenie biznesowe, a także „nosa” do niszy rynkowej. Od lat jeździł wysłużonym autem, nie szastał pieniędzmi na prawo i lewo (choć, śmiało, mógłby tak czynić), a zanim wydał złotówkę – obrócił ją w palcach kilka razy, w głowie tworząc kosztorys, czy ten wydatek nie będzie bezowocny. Inwestował, inwestował i jeszcze raz inwestował. (Mogłam zatem uczyć się od Najlepszych.) Śmiało mogę powiedzieć, że w lokalnym biznesie, w tej branży, trudno mu dorównać. Stawia na jakość i jest naprawdę świetny w tym, co robi od lat. Nie afiszuje się swoim majątkiem, nie robi nic na pokaz – i myślę, że o „spokojną starość” nie musi się już zbytnio kłopotać. Chyba, że problem będzie miał z przejściem w stan spoczynku, albowiem takie aktywne, obrotne, przedsiębiorcze osoby często są nie tyle „pracowite”, co trawi ich ogień „pracoholizmu”. Oby się nie wypalały, ale potrafiły „wrzucić na luz” i cieszyć się tym, na co uczciwie i ciężko sobie zapracowały…
I niech korzystają z promocji tanich linii lotniczych, które tak pięknie zareklamował Pan Fortuna
Rodzinę Cybulskich ocenię dość negatywnie w rozporządzaniu ich finansami. Może warto byłoby intensywniej pomyśleć o przyszłości nieletnich córek, chociażby dlatego, iż jest się samotnie wychowującą dzieci matką? Dzięki pomocy babci rodzina mogłaby „przyzwoiciej” ulokować swoje wpływy. Myślę, że w pierwszej kolejności pani Cybulska powinna wziąć pod uwagę przyszłość swoich niepełnoletnich córek; mam tu na myśli np. ubezpieczenie na życie z funduszem kapitałowym. Tego typu polisy gwarantują wypłatę określonej sumy na wypadek śmierci rodzica, już od pierwszego dnia trwania ubezpieczenia. Dodatkowo część składki, która nie pokrywa ryzyka śmierci, jest inwestowana i pełni funkcję oszczędnościową. Korzyścią z tego typu zabezpieczenia jest pewność, że w przypadku gdyby nas zabrakło na tym świecie, nasze dziecko otrzyma gwarantowaną w polisie kwotę ubezpieczenia. Wydaje mi się, że póki babcia jest chętna do pomocy, warto by wziąć to pod uwagę. Dziewczynki – po osiągnięciu wieku pełnoletności – mogłyby mieć lepszy start (choćby na studia). Druga sprawa, która budzi we mnie niezrozumienie, to fakt, że z pomocą babci pani Cybulska o wiele szybciej mogłaby spłacić swoje obciążenie za dom. Kwota, jaką dokłada do budżetu domowego babcia, pokrywa prawie w pełni cztery miesiące zobowiązań kredytowych. Może to rodzina powinna wziąć pod uwagę, a nie żyć z dnia na dzień, wydając pieniądze w dość niefrasobliwy sposób? Często rodzice sami uczą niezbyt rozsądnego podejścia do życia; mam tu na myśli to, że za mało uczy się dzieci niezależności finansowej (panie Cybulskie są chyba tego przykładem). Wiedząc, że ma się wsparcie finansowe ze strony najbliższych (w tej sytuacji babci), powinno się racjonalnie gospodarzyć i jeszcze odkładać, miast wydawać na ciuchy pokaźną sumę pieniędzy. Wszak w wielu domach taka kwota to miesięczny dochód na przeżycie wieloosobowej rodziny.
A propos budżetu Państwa Cybulskich. Jestem pełen podziwu dla tych kobiet, które muszą poradzić sobie same. Pani Cybulska mimo dużych wydatków potrafi załatać dziury w budżecie, dzięki własnej zaradności oraz dzięki pomocy babci dziewczynek oraz w mniejszym stopniu córek – ale to zawsze coś. Dziewczynki mają także możliwość rozwijania swoich zainteresowań i talentów za co daję kolejny plus. Owszem wydatki powinny być mniejsze a w tym pomoże z pewnością arkusz Excela, w którym możemy założyć sobie maksymalną kwotę jaką możemy wydać oraz jaką chcemy zaoszczędzić. Wystarczy podstawowa znajomość tego narzędzia by skutecznie zarządzać swoim budżetem rodzinnym. Przynależność Pani Cybulskiej do Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej w zakładzie pracy w którym pracuje jest bardzo dobrym posunięciem, a to z prostych przyczyn: miesięczne składki członkowskie do KZP są na poziomie kilkudziesięciu złotych (w zależności od statutu czy regulaminu zatwierdzonego przez pracodawcę, a więc nie obciążają w znaczącym stopniu budżetu rodziny), Pani Cybulska może wziąć nieoprocentowaną (lub nisko oprocentowaną) pożyczkę, raty owszem są wysokie, ale oznacza to pewnie, że p. Cybulska wzięła pewnie pożyczkę wyższą niż 8000 zł, a ponadto przy spłacie pożyczki do określonej kwoty (w zależności od regulaminu KZP) można wziąć kolejną pożyczkę dopełnieniową (w wysokości kwoty, która została już spłacona)a maksymalnie do deklarowanej kwoty pożyczki. by to sprawdzić odsyłam do regulaminu zakładowego KZP.
a propos tego co Pan piszę o zwiedzaniu za przysłowiowe grosze. Polecam studentom by aktywnie uczestniczyli w życiu naukowym swoich alma mater, bo warto. po pierwsze rozwijamy swój intelekt, powiększamy dorobek naukowy, mamy szansę na otrzymanie stypendium naukowego, a poza tym jeśli uczestniczymy w konferencjach wyjazdowych dodatkowo możemy zwiedzić miasta w Polsce czy Europie, choć i także na całym świecie – jednak tutaj zależy już od zamożności Uczelni. ponadto świetnym połączeniem pod tytułem „przyjemne i pożyteczne” są obozy naukowe, ja już jeden mam za sobą, a niedługo wybieram się na kolejny
naprawdę warto.
co do spacerów to świetnie jest się przejść po miejskim parku, tuż przed kolokwium czy egzaminem, wtedy dotlenimy się i będziemy bardziej zrelaksowani, a stres odejdzie na dalszy plan.
Oszczędzajmy i szukajmy okazji by zaoszczędzić
i jeszcze Erasmus oraz Sokrates – programy wymiany studenckiej – umożliwiające studiowanie przez pewien okres czasu zagranicą oraz przyjazd studentów zza granicy do Polski. Świetna okazja do podszlifowania języka obcego, nawiązania znajomości ze studentami z obcych krajów, wymiana międzykulturowa oraz szansa na zdobycie urozmaiconego wykształcenia, które będzie wyróżniało CV takiej osoby podczas procesu rekrutacji
Dodaj komentarz