Poprosiłem 6-osobową rodzinę Żakowskich o monitorowanie swoich grudniowych budżetów i skrzętne notowanie wydatków. Dzisiaj więc przyglądamy się wydatkom rodziny Żakowskich.
Na etatach można wyżyć
Rodzina Żakowskich wydała prawie tyle pieniędzy, ile udało się zarobić. Zanotowali stratę w wysokości kilkunastu złotych, ale zaskakuje precyzyjne planowanie pokaźnego budżetu. Bo Żakowskim, mieszkającym w bliźniaku (spłacają kredyt hipoteczny), pracującym na etatach i wychowującym czwórkę dzieci w mieście wojewódzkim (Białymstoku), powodzi się całkiem dobrze. Grudniowe wydatki – poza zrozumiałym spiętrzeniem drobnych prezentów mikołajkowych i świątecznych – obejmują też duże pozycje do dłuższego użytkowania, jak drewno kominkowe (1050 zł) i rower (650 zł).
Dużo na żywność
Sześcioosobowa rodzina najwięcej wydała na żywność (niemal 2300 zł): to ponad 23 proc. wszystkich kosztów w miesiącu. Drobne zakupy spożywcze Żakowscy robią prawie codziennie, co jest zrozumiałe przy niedużych dzieciach (świeże pieczywo, wędliny, sery, owoce). Zwykle raz w tygodniu jeżdżą do sklepów dyskontowych i supermarketów (Biedronka, Lidl, Tesco), gdzie zostawiają po 200-300 złotych. Ta kategoria wydatków u Żakowskich jest wyjątkowo wysoka, zwracają też na to uwagę internauci na moim blogu. Częściowo jest to zapewne wynik tradycyjnej podlaskiej gościnności i szykowania dużych przyjęć świątecznych dla zapraszanych gości i rodziny, ale i tak doradzałbym przeanalizowanie wydatków na żywność.
…i na mieszkanie
Wydatki mieszkaniowe Żakowskich również są bardzo wysokie: to 1935 zł, czyli 19,4 proc. miesięcznego budżetu. W tej kwocie znalazły opłaty za energię (220 zł), wodę i kanalizację (281 zł), gaz (222 zł), wywóz śmieci (50 zł), a także zakup drewna kominkowego (za 1050 zł). W wydatkach mieszkaniowych nie została ujęta spłata kredytu hipotecznego i ubezpieczenia (1014 zł), choć w zdecydowanej większości powinna trafić właśnie do tej kategorii.
Wydatki Żakowskich na kulturę i rekreację, w tym prezenty mikołajkowe i świąteczne, wyniosły 1705 zł, czyli nieco ponad 17 proc. całości. To znowu dużo, jednak dobór prezentów – jak wskazywali też internauci – jest rozsądny i sprawi radość obdarowanym: są to książki, gry planszowe, ubrania, kosmetyki, zegarek i inne akcesoria. Nawet dość drogi rower (650 zł) lepiej kupować w zimie, gdy można trochę wytargować od sprzedawcy.
Żakowscy są zresztą przezorni i oszczędni, o czym świadczą zakupy odzieży i obuwia, w dużej mierze odbywające się w hurtowniach albo w sklepach z używaną odzieżą. Łącznie Żakowscy przeznaczyli na ten cel 1222,5 zł, czyli ponad 12 proc. grudniowego budżetu.
Spore koszty wiążą się z transportem i łącznością – w grudniu było to 736 zł, czyli prawie 7,5 proc. wydatków. Nie jeżdżą zbyt wiele samochodem – tankowali tylko dwa razy w miesiącu. Za to rachunek za telefony i Internet w wysokości 260 zł (a poza tym 85 zł za telewizję kablową) wymaga uważnej analizy. Dzisiaj można sporo zaoszczędzić przy zmianie operatora telekomunikacyjnego – nawet do połowy poprzednich rachunków. Warto, aby Żakowscy przyjrzeli się, jak długo korzystają z tego samego dostawcy i rozpatrzyli również oferty konkurencji na komórki i na Internet.
Mniejsze pozycje w ich budżecie to ochrona zdrowia, która kosztowała 526 zł, z tego 300 zł na dentystę – wizyta trójki dzieci i leczenie kanałowe, a także środki czystości i higieny osobistej (221 zł) i edukacja (60 zł), choć ta pozycja mogłaby być większa ze względu na książki i gry edukacyjne, znajdujące się wśród prezentów. Żakowscy systematycznie chodzą do kościoła i wrzucają po 10 zł na niedzielną tacę, a w grudniu wpłacili dodatkowo 200 zł na Caritas.
Kotłownia w salonie
Im dłużej palę w kominku, tym częściej dochodzę do przekonania, że to jedna z droższych form ogrzewania domu. Żakowscy na drewno wydali ponad tysiąc złotych i to prawdopodobnie starczy im na dwa, trzy miesiące dogrzewania pomieszczeń, bo raczej trudno w pełni ogrzać duży dom tylko drewnem. Jeśli uczciwie policzyć wszystkie koszty, to okaże się, że opalanie drewnem jest równie drogie, co np. gazem. Żeby w domu mógł grzać kominek (przeciętny kosztuje kilka tysięcy złotych) musimy mieć solidny komin, a pod nim porządny fundament. Z kolei, aby ciepło równomiernie rozchodziło się po budynku potrzebny jest kosztowny płaszcz wodny lub dystrybucja poprzez kanały rurowe. Ten sposób ogrzewania wiąże się również z szybszym brudzeniem ścian i częstszym malowaniem pomieszczeń. Suszenie i przechowywanie drewna to także wymierne wydatki. A i drewno stale drożeje. Lasy narzucają coraz wyższe ceny, a innego źródła zaopatrzenia praktycznie nie ma. Krótko mówiąc: opalanie drewnem jest dzisiaj drogie. W dodatku, uczeni brytyjscy donieśli niedawno, że opalanie kominkiem jest rakotwórcze (a swoją drogą, co nie jest?) ze względu na zdradliwe drobiny krążące w powietrzu. Jeśli do tego dodać fakt, że salon zamienia się w kotłownię, to zaczynam doceniać przenośne kominki opalane tzw. paliwem ekologicznym. Wprawdzie dają mniej ciepła, ale wrażenie ogniska pozostaje…
Docieplanie z dotacją
Energia będzie coraz droższa. Trzeba więc szukać różnych możliwości oszczędzania. Dobrym rozwiązaniem jest termomodernizacja budynków i zainstalowanie solarów, czyli baterii słonecznych, zwłaszcza, że obie formy są dotowane przez państwo. Z moich dość wnikliwych obliczeń wynika, że inwestycja w ogrzewanie wody ciepłem słonecznym zwraca się po około 7 latach, co jest całkiem okresem długim. Jeśli jednak skorzystamy z dotacji rządowych, które niedawno weszły w życie, okres spłaty inwestycji skraca się prawie o połowę. Warto też ocieplić ściany naszego budynku. Znajomi mieszkają w niewielkiej kamienicy. Ich wspólnota podjęła decyzję o dociepleniu budynku 10 cm warstwą styropianu. Już po tej zimie mają wymierne korzyści. Rachunki za ciepło spadły o około 30 proc. przy porównywalnym poborze energii.
Własna elektrownia? Czemu nie…
A swoją drogą to inwestowanie w drogie i zyskowne elektrownie będzie niedługo dostępne dla wszystkich. Na świecie grupowe inwestowanie w elektrownie wiatrowe staje się coraz bardziej popularne, więc myślę, że i u nas będzie wkrótce dostępne. Pomysł jest bardzo prosty. Inicjatorzy energetycznego biznesu zawiązują spółkę celową, w której udziały ma np. stu inwestorów. Spółka buduje siłownię wiatrową złożoną z jednego lub kilku wiatraków. Wiadomo, że indywidualnej osoby nie stać na taką inwestycję, która w zależności od skali wynosi od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych. Siłownia wiatrowa to dość pewny interes. Wiatr przecież ciągle wieje, zbyt na energię jest zapewniony choćby dlatego, że państwo musi dostosować się do wymogów unijnych, które zakładają, że w 2020 r. 15 proc. energii będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych. Cena energii też będzie rosła z roku na rok – to pewne. Ocenia się, że tylko z powodu przekroczenia norm emisji dwutlenku węgla polskie elektrownie będą musiały podnieść cenę prądu o kilkadziesiąt procent. Inwestowanie w produkcję prądu może być całkiem zyskownym interesem.
Pamiętajcie o dywersyfikacji
Grupowe inwestowanie, nie tylko zresztą w siłownie wiatrowe, prawdopodobnie będzie coraz popularniejsze. Już teraz zawiązują się spółki celowe, które inwestują w atrakcyjne obszary ziemi w okolicach polskich metropolii. Zakupy większych obszarów są zawsze bardziej atrakcyjne cenowo. Wskutek przekształcenia ziemi w budowlaną lub inwestycyjną jej cena z czasem znacznie wzrasta dając godziwy zysk udziałowcom takiej spółki. W trakcie trwania spółki można się ewentualnie wycofać z interesu odsprzedając udziały innym inwestorom. Grupowe inwestowanie to innowacja biznesowa spopularyzowana ostatnio przez spółki internetowe, które w ten sposób zachęcają do zakupów różnych produktów po znacznie niższych cenach. Warto dodać, że oferta grupowego inwestowania w większe obszary ziemi lub siłownie wiatrowe skierowana jest raczej do ciułaczy, a nie do rekinów biznesu. Jeśli lubimy agresywne i długoterminowe inwestowanie, to zakup udziałów w spółce energetycznej za kilkadziesiąt tysięcy zł jest wart rozważenia.
Przy okazji uwaga, którą zawsze w takich sytuacjach zgłaszam: na ryzykowny biznes nie wykładaj wszystkich swoich zasobów. Trzeba zdywersyfikować formy inwestowania i oszczędzania. Grupowy sposób inwestowania jest u nas jeszcze mało popularny, a powodzenie przedsięwzięcia w dużej mierze zależy od jakości zarządzania zgromadzonym funduszem. Nie mamy w tej materii zbyt wielu doświadczeń, a i natura Polaka wykazuje niską skłonność do zintegrowanych działań. O ile produkcja prądu wydaje się bardzo dochodowym interesem, to największym zagrożeniem inwestycji może być nie problem ze zbytem, a brak porozumienia udziałowców. Bo tam gdzie dwóch Polaków, tam przecież trzy opinie.
Żakowski powinien uderzyć pięścią w stół
Żakowscy mają całkiem niezłe dochody. Z zapisów budżetowych wynika, że większość pieniędzy wydają na konsumpcję i nie inwestują w przyszłość, skupiając się – jak to określił wcześniej na tych łamach jeden z komentatorów – na zjawisku zwanym w psychologii preferowaniem czasu teraźniejszego. W sześcioosobowej rodzinie wydatki są duże – to zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest wydawanie wszystkich pieniędzy do spodu. Twierdzę, że im liczniejsza rodzina, tym skłonność do oszczędzania powinna być większa, choćby dlatego, że prawdopodobieństwo wystąpienia trudności finansowych jest wyższe niż w mniejszych rodzinach. Ktoś w rodzinie Żakowskich powinien uderzyć pięścią w stół i narzucić twardą dyscyplinę finansową, bo wyraźnie widać, że portfel ma dziury, przez które uciekają pieniądze. Głowa rodziny powinna od jutra postanowić, że przynajmniej 20 proc. przychodów jest lokowane na koncie lub w inny sposób inwestowane. Rodzina specjalnie tego nie odczuje, a w razie trudności będzie wdzięczna, że ktoś wykazał się zapobiegliwością i zawczasu uszył finansowy spadochron choćby w postaci udziałów w elektrowni wiatrowej.
Wasz aspirant Fortuna
![]()
Prof. Tadeusz Tyszka
Akademia Leona Koźmińskiego
Kiedy oszczędzać
Istnieje prosta i wydaje się, że rozsądna teoria na temat tego, kiedy należy oszczędzać. Jest to teoria tzw. cyklu życiowego. Dobrze ilustruje ją zamieszczony poniżej rysunek. Kiedy młody człowiek rozpoczyna samodzielne życie (punkt A na rysunku) zwykle jego potrzeby przewyższają zarobki. W tej sytuacji ma on skłonność raczej do poszukiwania kredytów niż do oszczędzania. Branie kredytów w tym okresie ma jednak sens tylko wtedy, kiedy spodziewa się w przyszłości większych dochodów, a więc gdy myśli, że będzie w stanie spłacić wcześniejsze kredyty.
Jeżeli rzeczywiście w następnym okresie nastąpi wzrost dochodów, to powinien także pomyśleć o czekającym go w przyszłości okresie, kiedy dochody gwałtownie się obniżą (linia B – C na rysunku). Jest to naturalnie najczęściej czas przejścia na emeryturę. Jeżeli w tym późniejszym okresie chciałby wydawać mniej więcej tyle samo pieniędzy, co wcześniej, to nie ma wyjścia – musi oszczędzać w trakcie osiągania wyższych dochodów. Ludzie rozsądni i przewidujący ograniczają w pewnych okresach swoją konsumpcję po to, by mieć z czego żyć w przyszłości. Wydaje się, że państwo Żakowscy są właśnie w takim momencie. Więc raczej rzeczywiście powinni oszczędzać. Chyba, że liczą na dzieci, ale to nigdy nie jest pewne!
12 lut
26 sty
5 sty
13 kwi
6 kwi
29 mar
22 mar
14 mar
7 mar
28 lut
21 lut
13 lut
4 komentarze
Państwo Żakowscy są rodziną wielodzietną, której wcale nie powodzi się źle. Rzekłabym nawet, iż ich przychód był imponujący, zatem nawet gdy podzielić go na sześciu członków rodziny – daje dobry wynik. Znane mi rodziny wielodzietne radzą sobie dużo gorzej, niźli wybrana do badania rodzina Ż. Sporo członków rodziny = spore wydatki. Ale i tutaj udało się Żakowskim nie spaść poniżej kreski i budżet zakończyć rozsądnym saldem. Brak za to oszczędności, a przecież przy tak dużych dochodach, można coś odłożyć. A raczej: należałoby; wszak takie zabezpieczenie warto mieć w zanadrzu.
Zaskoczyły mnie także trzy czapki za 113 zł (czyli przeszło 37 zł za jedną) – no, ale ja z tych, co to muszą wybierać produkty z niższej półki… ;/

Uwielbiam pisanie listów i kartek, uważam, że to urokliwe i nasycone tradycją, w dobrym guście, posmarowane obficie klasyką i że święta odarte z tego – pozbawione są jakiegoś smaku, stylu, cudnej otoczki. Ubolewam, iż sztuka ta zamiera, odchodzi do lamusa, że to, co wartościowe – poddaje się ogólnej makdonaldyzacji. Sama, niestety, zmuszona jestem coraz częściej (a ostatnio: właściwie zupełnie) korzystać z nietradycyjnych, nieurokliwych, za to tanich form składania życzeń, tudzież porozumiewania się (na rozmaitych płaszczyznach): sms (w sieci darmowy, poza sieć wykupić można 1000 za niewielką kwotę), mejl czy portale społecznościowe. Wymusza to na mnie bieda, po prostu. Choć – absolutnie – mi się to nie podoba! I gdybym miała możliwość, sposobność, wolne środki finansowe – na pewno podążałabym epistolarnymi ścieżkami… Póki co, poza rodzinną miejscowość, kontaktuję się wspomnianymi wyżej metodami. Oprócz tego szykuję z dziećmi koło czterdziestu kartek (własnoręcznie; zaczynamy nawet dwa miesiące wcześniej) – i choć nie są wymyślne, ni specjalnie piękne (dzieci małe, lubujące się jeszcze w bazgrołach, a mi plastycznych zdolności brak), wydaje mi się, że sprawiają przyjemność obdarowanym osobom. Są symbolem naszej pamięci, a często także podziękowaniem za coś tam. Roznosimy je osobiście, pomijając instytucję Poczty Polskiej, zatem oszczędzamy także na znaczkach (czyli innymi słowy: prowizji dla pośrednika).
Znaczną kwotę Żakowscy wydali na odzież i obuwie, choć tu muszę ich pochwalić, albowiem w zestawieniu widzę i ubrania używane, i zakupy robione w hurtowni (czyli po niższych kosztach). Ja korzystam także z wyprzedaży (posezonowych i z powodu likwidacji sklepu), oraz staram się kupić artykuły przed sezonem, tj. w czasie, gdy nie ma na nie takiego popytu (zatem i cena nie skacze w górę). W przypadku dzieci w wieku szkolnym nie ma raczej takiej możliwości, gdyż – nie wiedzieć kiedy – wyrastają raz za razem z jakiegoś ubrania. Dorośli mogą sobie jednak na to pozwolić. Gwoli tej rozpiętości wiekowej dziatwy – tutaj jest jeszcze o tyle prościej, gdyż dzieciaki mogą przekazywać zbędne (tj. za małe czy już niepotrzebne) rzeczy (nie tylko ubrania, ale i inne artykuły) młodszemu rodzeństwu. Ja, mając bliźnięta, nie mam możliwości praktykowania tejże metody: wszystko trzeba mieć od razu, podwójnie.
Obok pochwały jednak – reprymenda: ażeby z tymi odzieżowymi zakupami nie przefolgować. Zdarza się, że kierujemy się chwilową modą (czy podobnymi pobudkami), a później łaszki wiszą w naszej szafie, nieużywane, my zaś kręcimy nosem: „w co ja mam się ubrać???”
Widzę, że rodzina korzysta głównie z oferty sklepów dyskontowych i hipermarketów. Dobrze, bo to pozwala na oszczędności i znajdowanie w asortymencie pozycji, które może nie są markowe, ale jakościowo (czyli składem; pomijając opakowanie i reklamę) nie odbiegają od tychże wspomnianych. Warto jednak przed „wyruszeniem na łowy” do takiego sklepu pomyśleć o sporządzeniu listy niezbędnych zakupów i tylko nieznacznie, w miarę potrzeby, pozwalać sobie na jej modyfikację. Całkowita improwizacja grozi tym, że „specjaliści od marketingu i reklamy” (poprzez rozmaite psychomanipulacje) „włożą nam do wózka” (a właściwie to wkładamy my sami – często – nie do końca świadomie) rozmaite – naprawdę niepotrzebne – produkty. Tak to już jest, gdy półki kuszą towarem, a nam się wydaje, że skoro zaoszczędzimy na czymś tam, to możemy kupić więcej (tylko czy aby „owo więcej” jest nam naprawdę potrzebne/niezbędne?).
Dobrze także zachowywać paragony, gdyż one potrzebne są w razie konieczności reklamacji towaru. Mam w domu dwóch niejadków, już brak mi weny, jak przekonać ich do jedzenia. Ostatnio zobaczyłam w Intermarche toster za 24,99 zł. Pomyślałam, że to może być niezły pomysł na przekonanie malców do śniadanek i kolacji – tonący tostera się chwyta… Przy kasie było zamieszanie, spieszyłam się i nie sprawdzałam co kasjerka tam nabija (choć zwykłam to czynić). Dopiero w domu, na spokojnie, spojrzałam na paragon i okazało się, że toster kosztował mnie 34,99 zł. Całą dyszkę więcej, niźli zamierzałam na to przeznaczyć (zgodnie z ceną podaną przy produkcie). Normalnie „się wściekłam” (choć naturę mam raczej łagodną), albowiem to nie pierwszy raz, gdy poczułam się nabita w butelkę, robiąc zakupy w tym sklepie. Wróciłam doń i kulturalnie, acz stanowczo, poprosiłam o zwrócenie mi różnicy (razy trzy – gdyż Intermarche reklamowało się, że gdy cena przy kasie nie będzie zgadzała się z „cenę półkową” – zwrócą trzykrotność różnicy). Czyjegoś nie chcę, ale swojego też nie pozwolę… Wyszło zatem na to, że kupiłam toster za… 4,99 zł (różnica była 10 zł, trzykrotność: 30 zł do zwrotu; za toster wcześniej dałam 34,99 zł). Podobał mi się ten zakup, choć wolałabym uniknąć w przyszłości takich incydentów. Gdybym nie miała paragonu – byłabym w plecy…
Dzieci Ż. korzystają z basenowych atrakcji – super, że jest taka możliwość (relaks, ćwiczenia) i dobrze, że państwo Ż. myślą o wykupie karnetów (ekonomiczniej), niźli mieli by przepłacać, każdorazowo biorąc „zwyczajny” bilet.
Chwali się także inicjatywa wspierania mniej zamożnych – 200 zł darowizna na rzecz fundacji Caritas, 10 zł zakup caritasowskiej świecy. Uważam, że nasze dobre, wypływające z altruizmu, uczynki to „powracająca fala”. Z tą radością „dawania” jest tak przewrotnie, że im więcej ją dzielimy, tym bardziej jest pomnożona. Rozrzucamy na wietrze miłość, dobroć, ofiarność, poświęcenie, szlachetność – a za chwilę jest tego wokół nas kilkakroć więcej. Zarażamy tym innych.
Miło, bo w ten sposób można sprawić, że inni też będą mieli radosne święta, że choć część ich (finansowo-materialnych) zgryzot i bolączek zostanie złagodzona. Podobne akcje to „stół bożonarodzeniowy” czy „szlachetna paczka”. W okresie przedświątecznym w wielu sklepach ustawione są specjalne kosze, do których wrzucać można artykuły spożywcze czy inne – i trafiają one potem na świąteczne stoły potrzebujących. Nie jest to nachalne (wrzuca kto chce) – a radość dla niektórych rodzin: bezcenna! Popieram w całej rozciągłości!
Wracając do podsumowań kwotowych… 1013 zł (kredyt hipoteczny i ubezpieczenie) to niemała kwota. Lepsze to jednak od wynajmu, albowiem inwestujemy w siebie, a nie w cudzą kiesę. No i mieszkanie w domku jednorodzinnym – mmmm… mmmarzenie…
Niemałe są także sumy opłat (woda, gaz, prąd) – ale w przypadku sześciu członków rodziny nie ma w tym nic dziwnego (to i tak niewiele, jak na tyle osób). Niemniej warto pamiętać o racjonalnym użytkowaniu owych mediów. 1050 zł to też znaczący wydatek, jeśli chodzi o drewno kominkowe, ale – zapewne – wystarcza to na długi czas (no i urok płomieni tlących się w kominku, ciepło i swoisty klimat jaki to stwarza – pewnie są tego warte).
260 zł za internet i telefony – pewnie i tu można by wziąć się za cięcie wydatków (abonament dopasowany do realnych potrzeb, pakiety promocyjne).
Komunikacja to „kolejne setki” w plecy. Paliwo (181,- + 102,-), wulkanizator (75,-), MPK (33,-). Gdzie można – warto na piechotkę…
Także grudniowe choroby nie oszczędziły tejże rodziny, więc pieniądze z ich domu powędrowały do apteki. Tak samo było i u nas – ale w jeszcze gorszym formacie. Na to, chyba, nie ma rady (można się tylko starać „zainwestować” w odporność, np. zdrowym stylem życia czy szczepionkami).
A teraz – gdzie ja (ale pamiętajmy, że moje realia zmuszają mnie do drastycznych cięć na każdej płaszczyźnie) bym zaoszczędziła…:
– kosmetyki (jak już podkreślałam wielokrotnie, sama oszczędzam, wygrywając je w konkursach – Żakowscy mają internet, a w sieci nie brak możliwości… wystarczy odrobina inwencji, poświęconego czasu – warto „powalczyć”; ale – z drugiej strony – zastanawiam się, czy gdyby moje gospodarstwo domowe miało dochody na takim poziomie, to czy „tak gorączkowo” starałabym się radzić sobie na rozmaite sposoby? czy byłoby mi to potrzebne? czy nie wolałabym poświęcić czasu na coś innego, przyjemniejszego – na dzieci czy choćby sen? hmm… Pewnie tak…),
- opłata za prowadzenie rachunku bankowego 15 zł. Ktoś mógłby powiedzieć, że co to jest, przy dziesięciotysięcznych dochodach? Ale w skali roku to jest już 180 zł. Jak nie muszę – to nie lubię za coś płacić. Nie wiem czym kierowali się państwo Ż., wybierając ofertę bankową, ale… Ja mam taką, że przy miesięcznych obrotach na koncie w kwocie 1000 zł – opłata ta nie jest wcale ode mnie pobierana. I tutaj – uwaga!!! – muszę się nieźle „nakombinować”, albowiem ja nie mam nawet przychodów w kwocie tysiąca. Wpłacam zatem gotówkę na konto, wyciągam ją w bankomacie (bez opłat), wpłacam, wyciągam, wpłacam, wyciągam – aż obrót „się zrobi” (tysiąc). Może dla kogoś to śmieszne, może zbyt przekombinowane – ale ja wolę za te 15 zł kupić dzieciom 25 jogurtów (po 60gr), a nie dawać zarobić bankowi (któremu nie ubędzie). Bywa, że przy bankomacie dziwię się, że ludzie – by sprawdzić czy mają na koncie wpływ – biorą wydruk (płatny), nieraz nawet kilka razy dziennie (ci bardziej niecierpliwi). Ja wolę wklikać odpowiednią kwotę, a gdy pokaże mi „brak środków na koncie” – wiem, że jeszcze nie ma – i wcale za to nie płacę. A najlepiej to mieć konto z dostępem przez internet (no, ale ciągle nie każdy jeszcze ma neta, a „starsi” ludzie czują czasem wręcz respekt przed „nowymi technologiami”),
- fryzjer (14,- i 90,-); ja – z racji konieczności – zainwestowałabym raczej w maszynkę i dobre nożyce; nie wyobrażam sobie, że 6 osób chodzi co jakiś czas do fryzjera, a ja – za każdym razem gdy włosy odrosną – bulę za „tę przyjemność”. A gdy fryzjerskich zdolności brak – rozejrzałabym się pośród swoich znajomych. Z pewnością znalazłby się ktoś, kto potrafi, lubi i chce – a „przysługa za przysługę” czy choćby „niższa, koleżeńska cena” to nie to samo, co 90 zł „ścięte” w salonie,
- dentysta (łącznie naliczyłam 350 zł) – w dużym mieście nie brak pewnie dobrych specjalistów, przyjmujących na NFZ,
- perfumy 256 zł; ta kwota mnie powaliła. Przez dłuuuuugi okres czasu (zasiłek wychowawczy) to była połowa (a nawet ciut więcej) moich miesięcznych przychodów (sic!). I choć – jako kobieta – lubuję się w pięknych zapachach, w życiu nie dałabym tyle za flakonik perfum, nawet najpiękniejszych, najaromatyczniejszych! W życiu! Choćbym wygrała majątek w totka, „żydziłabym” takiej sumy na ulotny zapach…,
- „na tacę” – 5 razy po 10 zł; cóż, „dają, którzy mają” – ja nie mam i 50 zł to… 83 jogurty dla moich smyków. Nie odmawiałabym wtenczas nawet sobie…
- prezenty świąteczne – suma niebagatelna (w tym rower, który posłuży przez lata, myślę). Ja włożyłabym ciut wysiłku, chęci, serca – i każdemu wykonała własnoręczny upominek. Albo choć – znacząco – zredukowała te koszty…,
- 66 zł na kartki i znaczki… Tę pozycję zostawiłam na koniec, bowiem sporo o niej myślałam… Czy – gdybym mogła sobie pozwolić – także bym tak nie zaszarżowała? Hmm… Cenię niezwykle sztukę epistolarną, jest mi bliska i ukryłam w niej wieeeele sentymentów. Mam Kuferek Wspomnień, a w nim setki listów, kartek, zbieranych pieczołowicie latami, posegregowanych według Nadawców, opasanych wstążeczkami (nie Nadawcy, a listy, he he). Nie potrafię pozbyć się tych pamiątek, są dla mnie niezwykle wartościowe, bezcenne właściwie. Zawsze się śmieję, że kiedy jeden z „Dawnych Nadawców”, w przyszłości, będąc już na emeryturze (zatem gdy starczy mu czasu) opublikuje jakiś bestseller (jest świetny w posługiwaniu się słowem pisanym) – wtedy te listy nabiorą taaaaakiej wartości, że opchnę je na jakiejś aukcji i – w końcu – zasmakuję luksusu
Odnosząc się jeszcze do wspomnianego przez Szanownego Fortunę grupowego inwestowania, muszę przyznać, że obserwuję ostatnimi laty taką (chwalebną) tendencję na lokalnym rynku. Kilkoro (kilkunastu? nie wiem…) „regionalnych rekinów finansowych” zawiązało spółkę i stawiają w okolicach osiedla mieszkaniowe, z parterem przeznaczonym na działalności gospodarcze. Pojęcia nie mam na jakiej zasadzie to wszystko funkcjonuje, nie mam też rozeznania, jak wygląda „od wewnątrz”, ale – zdaje się – że biznes kręci się nieźle. Lokale usługowe funkcjonują, mieszkania widzę pozajmowane, biznesmeni jeżdżą coraz lepszymi furami. Inwestycje pewnie trafione. Tym bardziej, że Gmina (czy też Zakład Gospodarki Komunalnej; nie wiem do czyich preferencji to należy) nie buduje u nas nowych bloków mieszkalnych, a obecne zasoby są tak uszczuplone, że na tym gruncie istnieje spory deficyt.
Znane są mi także przypadki, iż „lokalna elita” zrzuca się – w przypadku sporej kumulacji – na lotka i grają (duuużymi wartościami kwotowymi) systemem. Wiem, że mają na koncie także wygrane (choć szczegółów również nie znam). Tylko… czy to jeszcze inwestycja, czy już „podatek od marzeń”?
Im więcej osób reklamuje oszczędzanie, tym lepiej
Pozdrawiam, dm
http://www.500sposobow.pl – 500 sposobow na oszczedzanie w jednym miejscu
Rodzina Żakowskich, jak widać, nie należy do przeciętnych. Ich wpływ finansowy w miesiącu grudniu, to całkiem niezły wynik. Sam pochodzę z rodziny wieloosobowej, niestety mogliśmy tylko pomarzyć o takich dogodnościach materialnych. A może i „stety”? Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że owo pochodzenie z niezamożnej rodziny nauczyło mnie marzyć. Może rodzina państwa Ż. powinna przemyśleć swój sposób wydawania pieniędzy i czynić to nieco bardziej rozsądnie? Patrząc, ile wyniosły ich koszty związane z upominkami mikołajkowymi i świątecznymi, można chyba wysnuć tezę o rozrzutności tejże rodziny; ja nie dysponuję takimi środkami w swoim całomiesięcznym dochodzie. Coś w tym jest, że im więcej mamy, tym więcej wydajemy! Jasne, w miarę jedzenia – apetyt rośnie. Zastanawia mnie też fakt kupowania, co roku, choćby stroików świątecznych. Moim zdaniem to zwykłe wyrzucanie pieniędzy w – przysłowiowe – błoto. Korzystamy z nich zaledwie kilka dni w roku, więc nie są, raczej, w stanie przez ten czas nawet zniszczyć się. Myślę, że śmiało mogłyby służyć dobrych kilka lat, wyglądając równie pięknie jak zeszłego roku. A można też poświęcić swój czas i talent – i własnoręcznie wykonać takie ozdoby, mając przy tym niemało frajdy i scalając rodzinę przy wspólnym działaniu. Produktów spożywczych pewnie w rodzinie marnuje się też niemało. Wydając na ten cel ponad 2000 zł, zapewne zdołałbym wykarmić dziesięcioosobową rodzinę. Przy takich dochodach warto pomyśleć o odkładaniu – przynajmniej – 2000 zł miesięcznie. Może czas nauczyć własne dzieci, by w przyszłości wiedziały jak oszczędzać? Któż, jak nie my, rodzice, powinien uczyć szacunku do ciężko zarobionych pieniędzy? Własnym przykładem powinniśmy świadczyć o tym, jak racjonalnie nimi gospodarować. Warto pomyśleć co może zdarzyć się jutro: czy nie stracę pracy, jak wtedy zdołam pogodzić się ze skromniejszym budżetem? Dziś mamy wszystko, jutro możemy zostać z niczym… Przyszłość, wszak, jest wielką niewiadomą.
Panie Aspirancie,
jeżeli chodzi o opalanie drewnem i węglem, które stanowią praktycznie podstawę ogrzewania w polskich domach, to nadal jest to jedna z najtańszych form ogrzewania domów i mieszkań. Nie chodzi mi tutaj o wspomniany kominek – bo jest on rozwiązaniem zarówno nieekologicznym jak i nieekonomicznym oraz jak Pan słusznie pisze wpływającym ujemnie na zdrowie mieszkańców domu, w którym stosowane jest takie ogrzewanie. Koszty instalacji centralnego ogrzewania (opał: węgiel i drewno) będą zdecydowanie niższe od instalacji olejowej, głównie chodzi tutaj o cenę pieca węglowego i pieca olejowego. Moi znajomi wymieniają właśnie instalację centralnego ogrzewania na olejowe i stwierdzili, że ich wydatki na miesięczne ogrzewanie będą wyższe (sugerowali się doświadczeniami swojej rodziny), ponadto sam montaż i osprzęt pochłonie im co najmniej 3000 zł więcej niż montowali by od początku ogrzewanie centralne. wymiany dokonują ze względu na wygodę. na temat ogrzewania gazem nie wypowiadam się, bo niestety nie posiadam wiedzy z tego zakresu.
natomiast co można zaobserwować w krajach nordyckich: Norwegia, Finlandia, popularne są tam piece na ekologiczne paliwo, a mianowicie trocinę, czy biomasę drzewną, która spala się w piecach specjalnie do tego przygotowanych. Piec niestety jest dużo droższy od tradycyjnego (na węgiel czy drewno).
Solary – popularne są teraz projekty unijne rozpisywane przez urzędy miast, gmin czy urzędy miejskie na montaż takich systemów na domach jednorodzinnych. Owszem rozwiązanie super i na pewno się zwrócą koszty. Jednakże przed złożeniem wniosku warto najpierw przeczytać co się podpisuje znam jedną sytuację, nie wiem jak w innych obszarach naszego kraju, ale trzeba uważać by zakładane koszty stworzenia projektu montażu dla takiego domu jednorodzinnego nie wzrosły, powiedzmy przykładowo z wstępnie szacowanej przez firmę montażową z kwoty 1800 zł do prawie 3600 zł – ale myślę, że jest to kwestia indywidualna firmy montującej i etyczność jej zarządzających. dlatego najlepiej sprawdzić taką firmę przed jakimikolwiek wpłatami na jej rzecz. ponadto spotkałem się z opiniami, że aby móc skorzystać z dofinansowania z UE (zwrot kosztów inwestycji bodajże 60% czy 70%), należy wziąć kredyt w jakimś banku specjalnie na ten cel. i tutaj pojawia się pytanie, kto poniesie koszty odsetek od takiego kredytu. niestety ponosi je kredytobiorca, a więc proszę byście Państwo najpierw czytali to co podpisujecie, by nie było potem przykrych niespodzianek.
Pakiet klimatyczny, o którym Pan pośrednio wspomina w artykule, przewiduje dopłaty ze strony państw, które przekroczą przyznany im limit emisji CO2. Polska na razie ratuje się „dokupywaniem” i powiększaniem tego limitu od innych krajów europejskich, jednak ceny takiego dokupywania z roku na rok rosną.
a więc coś trzeba z tym zrobić, może wyjściem jest elektrownia jądrowa, o której już mówi się głośno, jednak trzeba zadbać o bezpieczeństwo korzystania z niej, by nie było podobnej sytuacji w Polsce, jak w Czarnobylu lub całkiem niedawno w Japonii.
Dodaj komentarz